— Nie czyńcie tego — zawołałem — nie słychać pogoni. Macie czas zaszyć się pomiędzy krzaki i dobiec do strumyka, który tu niedaleko wpada do rzeki. Wejdźcie w wodę i idźcie łożyskiem strumyka... Ja was tam wezmę do łodzi. W przeciwnym razie psy was zwęszą.
I rzeczywiście tak uczynili. Gdy już byłem z nimi niedaleko od tratwy, usłyszeliśmy krzyki i szczekanie psów. Odgadłem, że jadą brzegiem strumyka, bo z naszego ukrycia nie mogłem ich widzieć. Było też słychać, że się zatrzymali nad strumieniem; widocznie ślad straciwszy, nie wiedzieli już, co dalej czynić. Po niejakim czasie wszystko ucichło — pogoń ustała.
Jeden ze zbiegów był to siedemdziesięcioletni już z górą człowiek, z łysą głową i bielutkimi bokobrodami. Ubrany był w zniszczony filcowy kapelusz o wielkich kresach198, w niebieską koszulę wełnianą, mocno zatłuszczoną, spodnie miał granatowe, podarte, włożone w buty z kamaszami199 robionymi na drutach — a raczej tylko z jednym, bo drugi gdzieś zniknął. Ciemnogranatowy frak z błyszczącymi metalowymi guzikami niósł przerzucony przez ramię tak, że jego długie poły o mało nie dotykały ziemi.
Obaj mieli ze sobą duże torby dywanowe, porządnie już wytarte i nie wiadomo czym wypchane. Ten drugi był znacznie młodszy, mógł mieć najwyżej trzydzieści lat, i również elegancko ubrany, a nawet wytworniej może, bo mniej poplamioną miał odzież.
Po śniadaniu, gdy leżąc na pomoście rozpoczęliśmy pogawędkę, okazało się, że nasi niespodziewani goście wcale się nie znają.
— Co ci się przytrafiło? — pyta ten łysy młodszego.
— Ano, sprzedawałem niezawodny środek przeciwko tworzącemu się na zębach osadowi. Środek bardzo skuteczny: nie tylko osad schodził, ale prawie zawsze i emalia razem z nim. Ale cóż! Zasiedziałem się na miejscu dłużej, niż było potrzeba, a kiedy cichaczem wymykałem się z miasta, spotkałem waści200. Waść mi powiedziałeś, że jesteś ścigany i prosiłeś, żeby ci dopomóc w ucieczce. Wtedy i ja ci wyznałem, że mnie także mają na oku i przystałem na wspólną podróż. Taka jest moja historia. A waść co mi powiesz?
— Ze mną inaczej było. Urządziłem festiwal (zebranie pod gołem niebem) wstrzemięźliwości, który ciągnął się prawie przez tydzień. Starsze i młodsze kobiety przepadały za mną, bo wymyślałem na trunki i na pijaków, ile się tylko zmieściło. Przynosiło to niezły dochodzik: pięć do sześciu dolarów co wieczór, licząc po dziesięć centów od osoby, dzieci i Czarni bezpłatnie. Nagle, nie wiem już skąd i jakim sposobem, rozeszła się wczoraj wieczorem plotka, najniegodziwsza z plotek, że lubię sobie cichaczem pociągać z butelki. Dziś przed świtem zbudził mnie znienacka Czarny, ostrzegając, że ściągają przeciwko mnie mężczyźni, konno i z psami, że niebawem nadjadą i każą mi uciekać natychmiast, dając na ucieczkę pół godziny, a po jej upływie będą mnie gonić. Jeżeli dopędzą, zemszczą się na mnie tutejszym obyczajem, to jest unurzają w smole i w pierzu. Ładna rzecz mieć do czynienia z takimi barbarzyńcami. Nie czekałem już nawet na śniadanie... Straciłem apetyt.
— Słuchaj — odrzekł ten drugi — ja myślę, że z nas dwóch może być para. A tobie jak się zdaje?