— Nie mam nic przeciwko temu. Czym się zajmujesz?

— Z zawodu jestem drukarzem, zajmuję się przy tym sprzedażą nowo wynalezionych środków leczniczych. Aktorem jestem, tragikiem; gdy się zdarzy sposobność, uprawiam mesmeryzm201 i frenologię202, czasem dla odmiany nauczam w szkołach geografii i śpiewu, miewam też odczyty publiczne. Wszystkiego podjąć się mogę, byle tylko nie roboty ciężkiej, a sumiennie mogę powiedzieć, że nic mi nie jest obce. A pańska specjalność, staruszku?

— O! Ja swego czasu niemało pracowałem w medycynie. Leczyć umiem przez nakładanie rąk: leczę raka, paraliż i tym podobne choroby. Umiem też przepowiadać i zawsze trafnie przepowiem, jeżeli tylko znajdę kogoś, co mi podszepnie jakiś fakcik. Trudnię się także kaznodziejstwem i urządzam pobożne zgromadzenia, pełniąc pracę misjonarską.

Przez jakiś czas milczeliśmy wszyscy, wreszcie młody wzdycha ciężko i powiada:

— Niestety!

— Czegóż tak biadasz? — pyta łysy.

— Bo mi się serce kraje na myśl, że dożyłem tego, co muszę znosić, wpadając w tak niestosowne dla mnie towarzystwo! — I zaczął ocierać oczy jakimś łachmankiem.

— A cóż ty sobie myślisz? Dlaczegóż towarzystwo nasze jest dla ciebie niestosowne? — szorstko i pogardliwie pyta łysy.

— I owszem... stosowne... Ja nie zasługuję na lepsze. Któż bowiem pchnął mnie tak nisko? Sam siebie z wyżyn strąciłem, sam! Nie przymawiam panom, broń Boże, żadnego do was nie mam żalu... do nikogo. Zasłużone wszystko, co mnie spotyka... Niech zimny i obojętny świat znęca się, jak chce, nade mną, jednej rzeczy jestem pewien: znajdzie się w nim miejsce na grób dla mnie. Świat może sobie kroczyć dalej zwykłą koleją, może mi wszystko odebrać: majątek, serca najbliższych, wszystko... To jedno moim zostanie. Przyjdzie chwila, gdy w grób się położę, o wszystkim zapomnę, moje biedne, znękane serce zażyje wreszcie spokoju...

Mówiąc to, ciągle ocierał oczy.