— Niech czarci porwą twoje biedne, znękane serce! — opryskliwie odpowiada łysy. — Cóż nam wykłuwasz oczy swoim sercem? Nie ma tu przecież naszej winy.
— Wiem, że nie wasza to wina. Nie mam też do was pretensji, panowie. Sam swój upadek zgotowałem. Tak, tylko sobie go zawdzięczam. Słuszne jest, abym dziś ponosił karę... Zupełnie słuszne.
— Gdzieżeś to pan stał przed upadkiem? Rad bym wiedzieć, skąd spadłeś.
— O! Nie dacie mi wiary... Świat nigdy wiary nie daje... ale mniejsza o to, mniejsza... Tajemnica mego urodzenia...
— Tajemnica pańskiego urodzenia? Czy chcesz pan powiedzieć...
— Panowie — uroczyście przemawia młody człowiek — odkryję przed wami tę tajemnicę, czując, że można wam zaufać. Z prawa należy mi się tytuł... księcia!
Jimowi aż oczy na wierzch wyszły, gdy to usłyszał, a zdaje mi się, że i moje uczyniły to samo. A łysy na to:
— Jak to? Prawdę mówisz?
— Tak. Mój pradziad, starszy syn księcia na Bridgewater, w ostatnich latach zeszłego stulecia przybył do tej części świata, gnany potrzebą wolności. Tu się ożenił, tu umarł, w tym samym czasie, co i jego ojciec. Po ojcu jemu należał się tytuł i majątek, a po nim synowi, którego po sobie zostawiał, lecz jego młodszy brat wszystko zagarnął, a malutki dziedzic został wyzuty ze swoich praw. Jam w prostej linii potomek osieroconego dziedzica, jam prawy książę na Bridgewater i oto staję tu przed wami, opuszczony, strącony z wysokiego stanowiska, ścigany przez ludzi, nieuznany przez obojętny świat, odarty, zgnębiony, z rozdartym sercem, upadły tak nisko, że muszę przebywać na tratwie w towarzystwie nędzarzy!