Jim litował się nad nim z całego serca, a i ja także. Staraliśmy się pocieszać go, ale odpowiadał nam, że to wszystko na próżno, że pocieszonym być nie może, że chyba tylko jedno zdoła mu przynieść choć odrobinę pociechy, a mianowicie, jeżeli jego wysokie stanowisko zostanie przez nas uznane. Przyrzekliśmy je uznać, nie wiedząc, jak to uczynić. Więc nauczył nas, że nie powinniśmy przystępować do niego inaczej, jak z ukłonem, a mówiąc z nim, dodawać zawsze: „wasza miłość” albo „mości książę”, albo „jaśnie oświecony”. Przyrzekł jednak, że nie weźmie nam za złe, jeżeli będziemy nazywać go po prostu „Bridgewater”, które to miano, według niego, było tytułem, nie nazwiskiem. Żądał także, ażeby jeden z nas usługiwał mu do obiadu i w ogóle oddawał mu różne drobne usługi.
Łatwo było zadośćuczynić tym wymaganiom, przystaliśmy więc na nie z ochotą. Przez cały czas obiadu Jim stał za nim i usługiwał mu, przemawiając w taki na przykład sposób: „Co wasza miłość każe sobie podać? Mości książę, spróbujesz może tej potrawy?”. A widać było, że obydwóm sprawia to niezmierną przyjemność.
Tymczasem stary milczał: czy to, że nie miał nic do powiedzenia, czy też nie w smak mu szło to całe nadskakiwanie księciu. Zdawało się, że coś waży w myśli. Nareszcie w parę godzin po obiedzie tak mówi:
— Powiem ci coś, Bridgewater. Współczuję twojej niedoli, lecz nie ty jeden znosisz podobne utrapienia.
— Nie ja jeden?
— Nie ty jeden, powiedziałem i powtarzam. Nie ciebie jednego pokrzywdzono, wyzuwając ze wszystkich zaszczytów należnych twemu wysokiemu stanowisku.
— Niestety!
— I nie ty jeden kryjesz w tajemnicy swoje wysokie urodzenie!
I w najlepsze zaczyna płakać.
— Co? Co to ma znaczyć?