wypowie znakomity i słynny na cały świat Kean, który powyższym monologiem zachwycał przez 300 wieczorów z rzędu wyborową publiczność wielkiej stolicy Paryża.

W ten sposób, zaciekawiwszy miasteczko, puściliśmy się w wędrówkę po nim. Prawie wszystkie domy i składy towarów zbudowane były ze starych desek, wcale nawet niemalowanych, i stały na palach wysokich na trzy lub cztery stopy, tak, żeby podczas wezbrania rzeki nie stały się pastwą powodzi. Prawie każdy dom posiadał niewielki ogródek, w którym wszakże nie hodowano nic oprócz kilku słoneczników i znacznej ilości różnego chwastu rosnącego wśród kup popiołu, starego obuwia, potłuczonych butelek, brudnych gałganów i pogiętych puszek blaszanych. Również parkany były ze starych desek rozmaitej długości, poprzybijanych do słupków, z których żaden nie stał prosto, a każdy chylił się w inną stronę; furtki zaś wisiały na tylko jednym zawiasie, i to skórzanym. Na niektórych parkanach było widać, że je kiedyś przed laty pomalowano białą farbą; książę jednak zapewniał, że musiało to być chyba za czasów nieboszczyka Kolumba. Prawie w każdym ogródku zauważyłem ryjącą świnię i kogoś, kto ją wypędzał, równie usilnie, jak bezskutecznie.

Składy towarów oraz magazyny ciągnęły się wszystkie wzdłuż tylko jednej ulicy. Drzwi każdego sklepu ocieniała płócienna markiza233, wsparta na słupkach, do których przyjezdni przywiązywali swoje konie. Pod markizami stały wypróżnione paki od towarów, przeznaczone do siedzenia różnym próżniakom, którzy żując tytoń, ziewając i przeciągając się, krajali je kieszonkowymi nożykami lub wyrzynali na nich napisy. Siedziała ich tam cała kupa, każdy miał na głowie słomiany kapelusz, nie mniejszy od średniej wielkości parasola, ale mało który miał surdut lub kamizelkę. Nazywali jeden drugiego: Bill, Buck, Hank, Joe, Andy. Mówili przeciągle i powoli, często też używali wymyślań i przekleństw, których mieli niewyczerpany zasób. Pod każdym słupem stał sobie jeden, trzymając w kieszeniach ręce, które wyjmował tylko do podrapania się lub wydobycia szczypty tytoniu.

Na wszystkich ulicach i zaułkach było pełno błota; właściwie nic tam nie widziałem prócz błota, i to czarnego jak smoła. Wszędzie było pełno świń nurzających się w błocie i wesoło pochrząkujących. Idziesz sobie ulicą i spotykasz zabłoconą po same uszy maciorę z całą gromadą prosiąt; chcesz ją minąć i myślisz, że ci się to uda. Nieprawda! Akurat w poprzek twojej drogi leży jak długa, przymyka oczy, strzyże uszami, pochrząkuje półgłosem, swoje prosięta karmi niby w swym chlewie i ma minę tak zadowoloną, jakby jej kto płacił za zmuszanie ludzi do brnięcia w błoto po kolana! Ale czasami daje się słyszeć: „Na tu! Na! Weź ją! Huź-ha!” i maciora ucieka z głośnym kwikiem, bo jeden pies trzyma ją zębami za jedno ucho, drugi za drugie, a czasem i dwóch za każde. Kwik, szczekanie, hałas, a wszyscy gapie i próżniacy w śmiech, radzi, że mają zabawę. Potem znów kładą się lub siadają na pakach i ziewają, czekając na jeszcze przyjemniejszą rozrywkę: na walkę psów. Jednak największa wesołość i największy zachwyt, gdy uda im się złapać psa włóczęgę, oblać go terpentyną234 i zapalić albo przywiązać mu do ogona blaszaną patelnię i patrzeć, jak biedne zwierzę, oszalałe ze strachu, pędzi przed siebie na oślep.

Niektóre z domów stojących tuż nad brzegiem tak się pochyliły, jakby miały zamiar złożyć ukłon wodzie albo też wpaść w nią z desperacji. W takich domach nikt już nie mieszkał, bo groziły katastrofą. Zdarza się czasami, że rzeka podmyje brzeg na przestrzeni dwóch lub trzech mil długości (angielskich), a prawie na pół mili szerokości; podmywa go powoli, a ciągle, aż wreszcie pewnego pięknego dnia... Szast! Prast! Poleciało wszystko do wody.

Im bliżej było wieczora, tym więcej pojawiało się na ulicach wozów i koni, a coraz to nowe przybywały. Ludzie zjeżdżali się całymi rodzinami, przywożąc ze sobą ze wsi kosze zapasów, żeby je spożyć na wózkach. Napitków nie brakło też wcale, a ci i owi, trunkiem zagrzani, brali się za bary i nie na żarty szła walka. Wtem ktoś krzyknął:

— Patrzcie, jedzie stary Boggs! Objechał wszystkie szynki w okolicy i wraca! Boggs jedzie! Boggs!

Wśród ludzi na pakach powstała radość, bo, jak odgadłem, przywykli drwić ze starego. Jeden z nich krzyczy:

— Ciekaw jestem, kogo też stary Boggs dziś posieka? Gdyby był posiekał tych wszystkich, którym groził w przeciągu ostatnich dwudziestu lat, to słynąłby jako zabijaka pierwszego rzędu.