A drugi mu przerywa:
— Chciałbym, żeby stary Boggs mnie zagroził, miałbym pewność, że z jego ręki nie zginę.
Wtem nadjeżdża Boggs, koń pod nim idzie dobrego kłusa, a on krzycząc i wyjąc jak czerwonoskóry, woła:
— Z drogi! Rozstąpcie się! Z drogi, mówię... Na wojnę jadę... Cena trumien w górę pójdzie, w górę!
Był pijany i chwiał się na siodle, miał twarz czerwoną jak ogień, nie bardzo starą, bo też liczono mu niewiele więcej nad pięćdziesiąt lat. Wszyscy go zaczepiali, śmiali się z niego, wymyślali mu, a on wymyślał także, wołając, że nauczyłby wszystkich rozumu, gdyby miał czas. Przyjechał jedynie dla zabicia starego pułkownika Sherburna i za dewizę wziął sobie: „Najpierw mięso, a na wierzch to, co się jada łyżką”. Gdy mnie spostrzegł, podjechał i woła:
— A tyś skąd, chłopcze? Czyś gotów na śmierć?
I pojechał dalej. Zmieszałem się trochę, a ktoś z obecnych mówi:
— Nie zważaj na to, to jego zwykłe gadanie. Gdy pijany, wszystkich na śmierć wyprawia, a po trzeźwemu to człowiek najlepszy w świecie.
Boggs zatrzymał konia przed największym magazynem w mieście, schylił się tak, żeby mógł głowę wsadzić pod markizę, i krzyczy na cały głos: