Boggs chwieje się, przechyla w tył i rękoma bije powietrze. Bum! Drugi strzał... I Boggs pada na wznak jak długi, rozkrzyżowawszy ramiona... Dziewczyna z krzykiem rzuca się ku ojcu i płacząc, woła:
— Zabił go! Zabił!
Ludzie cisną się i popychają, zaglądając jeden drugiemu przez ramię, a ci, co stoją bliżej zabitego, odsuwają tamtych:
— Cofnijcie się! Cofnijcie! Nie pchajcie się! Powietrza mu trzeba!
Pułkownik Sherburn, rzuciwszy pistolet na ziemię, wykręcił się na obcasie i poszedł do sklepu.
Gdy nieśli Boggsa do jakiejś apteki, całe miasto tłumem biegło za nim. Idąc za innymi, docisnąłem się do samego okna, przez które wybornie mogłem widzieć wszystko w aptece. Położono go na podłodze, podsunięto mu pod głowę jedną ogromną Biblię, a drugą, mniejszą, roztwartą, położono na piersiach, rozpiąwszy mu najpierw koszulę, tak, że mogłem widzieć, którędy weszła kula. Kilka razy chwycił jeszcze powietrze piersiami tak głęboko, że aż poruszyła się książka, a potem leżał już cicho — umarł. Wtedy oderwano od niego córkę, coraz to głośniej płaczącą, i wyprowadzono ją. Mogła mieć ze szesnaście lat, była bardzo ładna i miła, ale okropnie blada i wystraszona.
Niebawem wyległo całe miasto; pchali się wszyscy do okna, aby zobaczyć umarłego, ale ci, którzy najpierw zajęli dobre miejsce, nie chcieli teraz ustąpić, chociaż tamci im dogadywali:
— Napatrzyliście się już chyba? Gdzie tu sprawiedliwość, żeby jedni cały czas stali i patrzyli, a drugim to nawet nie można rzucić okiem! Człowiek przecież jeden drugiemu równy!
Cała ludność tak była tym wypadkiem wzburzona, tak się odgrażano Sherburnowi, iż myślałem, że mu to nie ujdzie na sucho. Na ulicach snuły się niespokojne tłumy, ci, co byli naocznymi świadkami zdarzenia, opowiadali je po raz setny może, a nigdy nie brakło słuchaczów. Jakiś człowiek, wysoki, chudy, o długich włosach i wysokim, białym kapeluszu pilśniowym236 na tyle głowy, zakreślał na błocie koła sękatą laską, mówiąc: