— Tu stał Boggs, a tu Sherburn.
Ludzie śledzili każdy jego ruch i pilnie wpatrywali się w koła, kiwając głowami na znak, że rozumieją! On zaś stał wyprostowany i sztywny na tym miejscu, na którym wypadało stać Sherbunowi, marszczył brwi, nasuwał kapelusz na oczy, krzyczał; „Boggs!”, mierzył z laski do celu, a zawoławszy „bum!”, przechylał się w tył i chwiał się na nogach, jakby trafiony. Nie upadał jednak, ale drugi raz wołał: „bum!”, i wtedy dopiero padał na ziemię. Ci, którym udało się to widzieć, mówili, że doskonale przedstawiał całe zajście, kubek w kubek tak, jak było. Gdy skończył, ze dwanaście osób wyjęło butelki z wódką i rozpoczął się teraz poczęstunek.
Po niejakim czasie ktoś się odezwał, że warto by zastosować do Sherburna prawo linczu. Zgodzili się wszyscy, więc tłum popędził, wrzeszcząc, wyjąc i ściągając po drodze rozwieszoną tu i ówdzie bieliznę, aby ją podrzeć na sznur dla powieszenia Sherburna.
Rozdział XXII
Sherburn. — Przejmująca do głębi serca tragedia.
Skierowali się całą gromadą ku domowi Sherburna, z dzikim wrzaskiem, z wymyślaniem, zupełnie jak napadający na przeciwnika czerwonoskórzy, a tak pędzili, tak się pchali, że wszystko musiało im z drogi ustępować.
Ile tylko było dzieci w mieście, wszystkie biegły za nimi, nie mniej od nich krzycząc, również jak oni groźnie wymachując pięściami. W oknie każdego domu było pełno kobiecych twarzy, na każdym drzewie siedział Czarny, a zza każdego płota wyglądały dziewczęta; ale gdy tłum się ku nim zbliżał, natychmiast znikały Bóg wie gdzie. Zauważyłem przy tym, że większość kobiet i dziewcząt płakała i miała wylękłe miny.
Zatrzymali się wreszcie przed sztachetami domu Sherburna, za którymi było widać niewielkie, kwadratowe podwórko. Hałas wzmógł się tak, że nie można było rozróżnić ani jednego słowa; krzyczeli wszyscy jeden przez drugiego. Na koniec udało się komuś przekrzyczeć innych:
— Znieść sztachety! Znieść sztachety! — a tłum, podchwyciwszy słowa, powtórzył je chórem. Zaraz też dał się słyszeć trzask drzewa, sztachety runęły na ziemię, a przednie szeregi tłumu wdarły się, jak powódź, w podwórze.
W tej samej chwili Sherburn ukazał się na balkonie od frontu, z dubeltówką237 w ręku, i ani słowa nie mówiąc, spokojny, z miną człowieka, który ustąpić nie myśli, stanął tuż przy poręczy balkonu i patrzy. Odwiódł kurki238 i wycelował dubeltówkę w sam środek tłumu. Tłum zakołysał się i odstąpił parę kroków.