— Jeżeli pasażer może zapłacić po dolarze za milę, byle tylko przybyć w porę na miejsce, to parowiec chyba może go zabrać. Jak panu się zdaje?

Kapitan złagodniał i gdy się zrównaliśmy z miasteczkiem, wysadzono nas na ląd. Widząc nadpływający parowiec, kilkunastu ludzi zebrało się na wybrzeżu i czeka...

Na zapytanie króla, gdzie mieszka pan Piotr Wilks, jeden z nich odpowiedział cicho i łagodnie:

— Bardzo nam przykro, ale co najwięcej możemy panu powiedzieć, gdzie jeszcze wczoraj mieszkał Piotr Wilks.

Wtem, jakby podrzucony sprężyną, stary oszust zatacza się, chwieje, potem upada na mówiącego i oparłszy brodę na jego ramieniu, polewa mu plecy łzami, jęcząc:

— Ach, nieszczęście, nieszczęście! Nie ma już naszego brata! Porzucił nas, a my nie zdążyliśmy pożegnać go. Ach! Co za straszna niespodzianka!

Po czym, szlochając ciągle, dawał palcami jakieś znaki księciu, który, niech mi głowę zetną, jeżeli kłamię, wypuściwszy z rąk torbę, na poczekaniu wybuchnął płaczem. Jeżeli widział kto kiedy na świecie takich oszustów, to ja nie wiem, czym jestem!

Zaraz też wszyscy zebrani, okazując współczucie, łagodzili ich rozpacz. Ten wziął jedną torbę, ów drugą, trzeci podał królowi ramię, czwarty podtrzymywał szlochającego księcia, jeszcze inny opowiadał królowi o ostatnich chwilach zmarłego brata. Król powtórzył to zaraz na palcach księciu i znów obaj uderzyli w taki płacz po nieboszczyku garbarzu250, jak gdyby stracili dwunastu apostołów. Niech na całe życie zmienię się w Czarnego, jeżeli widziałem kiedyś coś podobnego! Aż się wstyd robi człowiekowi, że należy do tego samego rodu ludzkiego!

Rozdział XXV