— Więc pogrzeb zapewne jutro?

— Tak, około południa.

— Ach, tak! To bardzo smutne rzeczy, ale prędzej czy później wszyscy musimy umierać. Najważniejsza rzecz: być na śmierć przygotowanym.

— Tak, proszę pana, tak. I mama to samo zawsze mówiła.

Gdy się zbliżyliśmy do parostatku, ładowanie miało się już ku końcowi i niebawem też odpłynął. Król ani wspomniał o wejściu na pokład, daremnie się więc cieszyłem nadzieją przejażdżki. Gdy już okręt odpłynął, król kazał wiosłować jeszcze z pół mili, a potem, wysiadłszy na ląd w samotnym i cienistym miejscu, powiada:

— Ruszaj teraz czym prędzej, sprowadź tu księcia i niech weźmie ze sobą torbę podróżną, tę nową, a gdybyś go nie zastał na tratwie, to go odszukaj w miasteczku. Powiedz mu, że ma tu przyjść natychmiast!

Domyśliłem się, o co mu chodzi, ale nie powiedziałem ani słowa. Gdy nareszcie powróciłem, przyprowadzając ze sobą księcia, kazali mi ukryć czółno, a sami usiedli na kłodzie. Król opowiedział księciu wszystko, czego się od tego głuptasa dowiedział, a starał się mówić nie po naszemu, lecz po angielsku, i udawało mu się to wcale nieźle. Nie potrafię go naśladować, ale przekonany jestem, że mówił dobrze.

— Książę, a jakże będzie z głuchoniemotą249? Potrafisz? — pyta w końcu.

— Nie troszcz się o to — odpowiedział. — Na scenie grywałem już role głuchych i niemych.

Po długim oczekiwaniu ujrzeliśmy wielki parowiec pasażerski z Cincinnati. Na dany znak zatrzymał się i przyjął nas na pokład, ale gdy kapitan zawiadomiony został, że mamy wysiadać o cztery mile dalej, mało nie oszalał ze złości i zaklął się, że nas nie wysadzi. Król jednak, nie tracąc zimnej krwi, powiada: