— Ja myślałam, że stryj nie siedzi w kościele, tylko stoi na ambonie?
A niech to! Zapomniałem, że stryj jest kaznodzieją!
Dławiąc się więc kosteczką kurczęcia, myślę nad tym, jak wybrnąć. Wreszcie powiadam:
— Niechże cię nie znam! Więc tobie się zdaje, że jeden jest tylko kaznodzieja w kościele?
— A na cóż by ich miało być więcej?
— A któż by kazanie miał dla króla? Jakaś ty zabawna! Tam jest kaznodziejów... nie mniej, nie więcej, tylko... siedemnastu!
— Siedemnastu! Chryste Panie! Oj, nie chciałabym słuchać ich wszystkich, choćbym zaraz potem miała pójść prosto do nieba! Siedemnastu! To chyba w jeden dzień nie skończą? Tygodnia na to potrzeba!
— Dziecko jesteś. Co dzień mówi inny.
— A cóż reszta robi?
— Nic. Kręcą się po kościele, czasem który do ołtarza się zbliży, zaśpiewa... Ale po większej części nic nie robią.