— Jaką ty masz głowę! — Dziwił się król i zaraz podszedłszy do firanki, zaczął szukać pod nią, tuż przy mnie.
Przyciśnięty do ściany jak deska, prawie nie oddychałem, chociaż febra mnie trzęsła ze strachu na myśl, co ze mną zrobią, gdy mnie przyłapią. Na szczęście król znalazł worek, nie podejrzewając nawet mej obecności. Wziąwszy skarb, włożyli go w słomę siennika, pod piernatem260, w przekonaniu, że tam jest najbezpieczniejszy, bowiem Czarny, który przyjdzie słać łóżko, wzruszy tylko pierzynę, nie dotykając siennika.
Jednak byli zaledwie na połowie schodów, a już miałem worek i przemknąwszy się z nim do swej izdebki, schowałem go tam tymczasowo. Miałem zamiar wynieść go poza dom, bo byłem pewien, że wszystko przewrócą do góry nogami, gdy spostrzegą stratę pieniędzy. Potem położyłem się nierozebrany i, rzecz prosta, nie mogłem zasnąć. Po niejakim czasie słyszę: król z księciem wracają na górę. Zsunąwszy się więc z siennika, leżę na podłodze, tuż przy drabinie. Oczy i słuch wytężam, czekając... Ale cicho... Nic!
Przeczekawszy, dopóki się wszystko w całym domu nie uciszyło, zszedłem po cichu z drabiny.
Rozdział XXVII
Pogrzeb. — Król bierze się do interesów. — Huck w strachu.
Skradając się na palcach, podsłuchiwałem pode drzwiami obu kompanów, ale chrapali obaj na wyścigi, więc uspokojony zszedłem na dół. Cisza była zupełna. Przez szparę w drzwiach zajrzałem do jadalni, gdzie czuwający przy trumnie spali najsmaczniej, kiwając się na krzesełkach. Z jadalnego pokoju wchodziło się do saloniku, gdzie leżał nieboszczyk, drzwi zaś, łączące oba pokoje, były otwarte; świeciło się i tu, i tam. Salon miał jeszcze drugie drzwi, wychodzące na korytarz, którym zszedłem; i te były otwarte. Zajrzałem, nie ma nikogo prócz nieboszczyka. Zapuszczam się głębiej w korytarz z zamiarem dojścia do głównych drzwi wejściowych. Zamknięte! Klucza nawet nie ma w zamku... Powracam więc niepewny, co czynić, wtem słyszę... Schodzi ktoś ze schodów. Nie mając gdzie się podziać, wpadam do salonu przekonany, że jedynym miejscem dla ukrycia pieniędzy jest trumna... Wieko na niej do połowy zsunięte odkrywało twarz umarłego, przysłoniętą całunem, i górną część korpusu. Zbliżywszy się do trumny, wsunąłem worek pod wieko, poniżej złożonych na krzyż rąk nieboszczyka, których niechcący dotknąłem. Aż mnie dreszcz przeszedł, takie były zimne! Odskoczywszy od trumny, skryłem się za drzwiami.
Osobą schodzącą z góry była Maria Joanna. Powolnym, lekkim krokiem zbliżywszy się do trumny, uklękła przy niej i długo patrzyła na rysujące się przez całun kształty głowy i ramion, a potem cichutko zapłakała, nie wydając żadnego jęku. Wysunąwszy się ze swej kryjówki i mijając drzwi jadalnego pokoju, zajrzałem przez szparę, żeby się upewnić, czy mnie ktoś stamtąd nie widział. Nie! Wszystko było w porządku, śpiący kiwali się na krzesłach jak poprzednio.
Położyłem się nareszcie, ale było mi nijako, miałem tyle zachodu, tyle ryzyka i nie tak się stało, jak potrzeba. Leżę i rozmyślam: jeżeli pieniądze zostaną, gdzie są, to wszystko dobrze, bo jak tylko oddalę się stąd o jakieś sto mil, Maria Joanna, odebrawszy mój list, każe wykopać trumnę, otworzy ją i znajdzie pieniądze. A nuż stanie się całkiem inaczej? A jeśli pieniądze zostaną znalezione przez ludzi, którzy przyjdą zaśrubowywać wieko? Wtedy co? Król je zabierze jak swoje i dużo wody upłynie, zanim ktoś je zdoła odebrać. Brała mnie ochota zejść jeszcze na dół i wyjąć z trumny worek, ale już mi odwagi nie starczyło. Z każdą chwilą ranek był bliższy, mógł więc ktoś obudzić się i schwytać mnie na gorącym uczynku. Cóż wtedy będzie, gdy mnie złapią z sześcioma tysiącami dolarów, których nikt mi przecież nie oddawał do pilnowania?