Widzę więc, że się wygadałem za wcześnie, powiedziałem za wiele i że ze mną krucho. Gdy się zamyśliłem, ona nic nie mówiąc, w oczy mi patrzyła z niecierpliwością, śliczna jak malowanie i taka zadowolona, jak po wyrwaniu chorego zęba. A ja milczę i rozmyślam. Nie wiem, nigdy tego bowiem nie doświadczyłem... ale podobno naraża się człowiek, gdy mówi prawdę... Tak mi mawiano. Tu zaś inaczej: niech na poczekaniu wyłysieję, jeżeli w tym wypadku nie jest lepiej, a nawet bezpieczniej, powiedzieć prawdę niż kłamstwo! Muszę sobie ten wypadek zachować w pamięci i w wolnej chwili o nim pomyśleć, bo nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłem. „Ha! Cóż robić! — powiadam sobie na koniec. — Spróbuję tym razem prawdy, niech mnie to kosztuje”. Powiem, jak jest... Pomimo że to będzie dotknięcie świecą beczułki z prochem... Niechaj się dzieje, co chce, a powiem!

— Czy panienka ma tu w mieście kogoś takiego, co by mieszkał trochę na uboczu, a był dobrym znajomym?

— Mam.

— Nie mogłaby panienka pójść tam i zabawić ze trzy, ze cztery dni?

— Mogłabym... do państwa Lothrop... Dlaczego?

— Jeżeli ja panience powiem, skąd wiem, że Czarni zobaczą się znów ze swoją matką najdalej za dwa tygodnie i to tu... w tym samym domu... Jeżeli dowiodę, skąd to wiem... czy panienka pójdzie do państwa Lothrop?

— Choćby na cały rok!

— Skoro panienka daje słowo, to już dobrze... Słowu panienki więcej wierzę, niż gdyby kto drugi przysięgał na Biblię.

Maria Joanna zarumieniła się bardzo ładnie, ja zaś, postanawiając prowadzić naszą rozmowę przy zamkniętych drzwiach, pytam, czy pozwoli je zamknąć. Gdy przystała, zamknąwszy drzwi, mówię:

— Niechże panienka nie podniesie krzyku, usłyszawszy to, co jej powiem. Proszę siedzieć cichutko i przyjąć odważnie, po męsku, moje słowa, gdyż prawda, którą wyjawię, jest brzydka i ciężka do zniesienia, ale... Prawda!