Czytając pytanie w oczach wystraszonej Marii Joanny, mówię:

— Ci stryjowie panienek nie są wcale stryjami. To para włóczęgów, oszustów, obieżyświatów. Uf! Najgorsze już powiedziałem! Reszta jest niczym w porównaniu z tym.

Aż się mieniła, słuchając, ale już przebrnąłem przez najgorsze, więc jadąc dalej, opowiedziałem jej wszystko od początku, to jest od spotkania owego gapia oczekującego na parowiec, aż do chwili, gdy ona, stojąc we drzwiach, rzuciła się królowi na szyję. Ale gdy doszedłem do tego, skoczyła z miejsca jak oparzona, wołając z purpurową twarzą:

— A niegodziwiec! Ani minuty nie traćmy, ani sekundy. Zaraz się tu z nimi rozprawią: w smole wykąpią, w pierzu utarzają i do rzeki wrzucą obydwóch!

— I owszem — odpowiadam — ale kiedy? Zanim panienka pójdzie do państwa Lothrop czy też...

— Ach! Prawda. Co też ja mówię! — I znów siada spokojnie. — Zapomniałam się... Zapomniałam o swej obietnicy. Przepraszam cię. — I aksamitną rączkę położyła na mojej tak pieszczotliwie, że w ogień bym za nią pośpieszył.

— Mów dalej, mów... Będę słuchała spokojnie... Pierwsze wrażenie już minęło. Powiedz mi, co mam czynić, a zrobię wszystko, co powiesz...

— To nie byle jakie łotry, panienko, i trzeba z nimi ostrożnie, a tak się złożyło, że czy chcę, czy nie chcę, muszę z nimi odbywać podróż. Wolałbym nie mówić dlaczego. Gdyby się całe miasto dowiedziało, co to za ptaszki, byłoby może lepiej dla mnie, ale ucierpiałby na tym ktoś drugi, kogo panienka nie zna, ale ja znam i bardzo lubię. Tego drugiego nie można narażać, prawda, panienko? A kiedy tak, to i tych łotrów chwilowo trzeba oszczędzać.

Właśnie w tej chwili przyszła mi do głowy szczęśliwa myśl, jakim sposobem mogę siebie i Jima uwolnić od niepożądanych towarzyszów: zostawić ich tu w więzieniu, a samemu drapnąć. Że jednak nie miałem ochoty pędzić na tratwę w biały dzień, kiedy co krok można kogoś spotkać i co chwila trzeba by odpowiadać na pytania, więc też odłożyłem wykonanie planu do nocy, i to nawet do późnej nocy. Tymczasem zaś mówię: