— No, skoro tak — rzecze Maria Joanna — to zaraz po śniadaniu wybiorę się do państwa Lothrop.

— Tak nie można! Trzeba iść przed śniadaniem.

— Dlaczego?

— Dlaczegóż ja namawiam, żeby panienka poszła?

— Co prawda, nie pomyślałam o tym.

— A to dlatego, że panienka nie ma twarzy obszytej w grubą skórę. Twarz panienki to jak książka. Można na niej czytać najdoskonalej. Czyż panienka potrafi spojrzeć w oczy stryjom i mówić z nimi jak wczoraj, uśmiechać się, nie mrugnąć okiem, gdy zechcą panienkę pocałować na dzień dobry?

— Nie! Nie! Przestań... Przestań! Tak! Pójdę przed śniadaniem... Nie zniosłabym tego. Ale jakże z nimi zostawię siostry?

— Próżna obawa!... Nic im się tu nie stanie, a stryjowie mogliby coś podejrzewać, gdyby panienki wszystkie z domu wyszły. Radziłbym nawet, żeby panienka już się z siostrami nie widziała, ani z kimkolwiek, bo gdyby kto spytał znienacka o zdrowie stryjów, panienka zdradziłaby się z pewnością. Niech już panienka idzie jak najprędzej, a ja tu ze wszystkimi dam sobie radę. Powiem panience Zuzi, żeby pocałowała stryjów od starszej siostry, która musiała wyjść z domu na kilka godzin, żeby trochę wypocząć i odwiedzić dobrych przyjaciół.

— Że poszłam odwiedzić dobrych przyjaciół, to powiedz, bo prawda, ale nie chcę, żebyś mówił Zuzi o całowaniu stryjów, bo to nieprawda.

— No, to nie powiem, skoro panienka nie chce.