— Panowie! Pa-no-wie! Pozwólcie powiedzieć słowo! Jedno słowo! Jest sposób: wykopać ciało i zobaczyć!

To im trafiło do przekonania.

— Hura! — krzyknęli znów wszyscy i natychmiast zbierali się do odejścia, ale doktor i adwokat powstrzymali ich, wołając:

— Czekajcie! Czekajcie! Weźcie za kołnierz tych czterech ludzi oraz chłopca i poprowadźcie ich ze sobą!

— Weźmiemy! — zawołali. — A jeżeli nie będzie znaków, to zlinczujemy wszystkich pięciu!

O, przestraszyłem się nie na żarty! Ale niepodobieństwem było uciec. Trzymali nas mocno i prowadzili pomiędzy sobą prosto na cmentarz, który znajdował się o półtorej wiorsty, a za nami szło widać całe miasto, bo hałas uczynił się ogromny, a była dopiero dziewiąta wieczorem.

Gdy mijaliśmy nasz dom, z żalem wspomniałem o Marii Joannie, którą sam wyprawiłem z miasta. Gdyby tu była, dałbym jej znak, a już by mnie wybawiła z tej matni271.

Idziemy więc drogą wzdłuż rzeki, z wrzaskiem, z hałasem, istna kocia muzyka272. Ściemnia się, a w dodatku na niebie chmury, tu i ówdzie migają po nim błyskawice, zrywa się wiatr, drzewa szumią, liście szeleszczą, czasami z suchym trzaskiem odłamie się sucha gałązka. Nigdy nie czułem takiego strachu, nie byłem w podobnym niebezpieczeństwie. Zupełnie głowę straciłem. Wszystko poszło nie tak, jak myślałem, lecz na opak: zamiast być panem położenia, przypatrywać się spokojnie widowisku i mieć za plecami Marię Joannę, która by mnie wybawiła z niebezpieczeństwa, byłem zupełnie sam, pomiędzy mną a śmiercią nie było nic prócz owych znaków, których nie widzieli nawet ci, co powinni byli je dostrzec. A jeżeli nie ma ich wcale?

Aż mi się niedobrze zrobiło, gdy pomyślałem o tym, a nie mogłem myśleć o czym innym. Z każdą chwilą robiło się ciemniej i ucieczka spośród tłumu była możliwa, ale Hines, pleczysty273 i ogorzały, silnie mnie trzymał za rękę. Kto by się tam mógł wyrwać takiemu goliatowi274! Szedł ogromnymi krokami, ciągnąc mnie za sobą tak, że musiałem biec, żeby mu dotrzymać kroku.