Ale stary pan zwraca się żywo w stronę Aba Turnera i jego towarzysza, w oku zaś tak mu błysnęło, jakby mówił: „Aha, mam cię, ptaszku!”.
— Wszak słyszeliście panowie, co powiedział mój przeciwnik? Wy teraz powiedzcie: czy taki znak widzieliście na piersiach nieboszczyka?
Obaj jednogłośnie odpowiadają:
— Nie, nie widzieliśmy takiego znaku.
— Dobrze — podejmuje stary pan. — Teraz ja powiem swoje. Widzieliście, panowie, nie co innego, jak małe, niewyraźne P, za nim B (początkowa głoska imienia, którego dawno przestał używać), a na samym końcu W, oddzielone jedno od drugiego kreskami w ten sposób: P — B — W. — I to mówiąc, napisał na skrawku papieru głoski z kreskami, a pokazując je zebranym, raz jeszcze zapytał:
— Wszak taki znak panowie widzieliście?
— Nie. Żadnego znaku nie widzieliśmy.
Proszę sobie wyobrazić, co się działo z obecnymi. Jak jeden mąż huknęli:
— Warci jedni drugich! I ci, i tamci oszuści. Skąpać ich! Utopić ich! Smołą wysmarować i utarzać w pierzu!
Darli się wszyscy co sił, chcąc przekrzyczeć jedni drugich: wrzask, wycie, gwizdanie, mało uszy nie pękły. Ale adwokat wskakuje na stół i krzyczy na całe gardło: