I cóż państwo powiecie! Ten stary, uparty osioł i teraz jeszcze nie chciał ustąpić. Nie i nie! „To nie dowód” — utrzymywał. Jego brat, William, to kpiarz jakich mało. Chciał zażartować sobie ze wszystkich i wniwecz obrócić całe badanie, dlatego też nie napisał, jak należy. Ledwo pióro do papieru przyłożył, on, Harvey, zaraz spostrzegł, że William chce zażartować po swojemu. I tak utrzymując, zapalał się coraz więcej i sypał coraz liczniejszymi słowami, aż wreszcie już sam zaczął wierzyć w to, co mówił, choć nie powiedział słowa prawdy. Przerwał mu jednak nowy brat, mówiąc:
— Przyszło mi coś na myśl. Czy pomiędzy tu obecnymi nie ma kogoś, kto pomagał ubierać na śmierć mojego br..., chciałem powiedzieć, Piotra Wilksa?
— Ja! Ja! — zawołały dwa głosy, z których jeden dodał:
— Ja i Ab Turner ubieraliśmy nieboszczyka. Jesteśmy tu.
Wtedy stary pan zwraca się do króla i pyta:
— Może pan będziesz łaskaw powiedzieć mi, co było wytatuowane na piersiach brata?
Było to tak niespodziewane, że król, znienacka zaskoczony, musiał trzymać się gruntu rękami i nogami, jak drzewo rosnące na stromym urwisku, któremu woda podmywa korzenie. Był on też bardzo podmyty, tylko patrzeć, jak runie w wodę, bo skądże mógł wiedzieć, co było wytatuowane na piersiach człowieka, którego nie znał. Zbladł więc nieco, zapewne wbrew woli, ale zbladł, bo i jakże nie miał zblednąć, kiedy naraz zrobiła się w sali taka cisza, jak gdyby makiem siał, i wszyscy zebrani wlepili w niego oczy, podając się naprzód całym ciałem.
Więc ja mówię do siebie: „No, już teraz da za wygraną”. I myślicie państwo, że dał? Doprawdy, trudno temu uwierzyć, ale nie dał. Choć zbladł, nadrabia miną i uśmiechając się, rzecze:
— Hm! Co było wytatuowane, pytasz pan? Mnie pytasz? Więc ci odpowiem. A cóż by innego, jeśli nie maleńka, cieniutka, błękitna strzałka? Co? Może nie? Nic innego, tylko strzałka, i to tak maleńka, że chcąc ją dojrzeć, trzeba patrzeć z bliska. No i cóż pan na to?
Aż się zdumiałem, co to za spryt u tego człowieka. Jaka przytomność umysłu!