Po kilku dniach widać z innej strony powiał na nich wiatr, bo coraz częściej wsuwali się do budki i szeptali coś ze sobą po kilka godzin, naradzając się w wielkim sekrecie. Jim i ja zaczynaliśmy odczuwać coś na kształt niepokoju; nie podobały nam się te narady. Baliśmy się tych szeptów, przypuszczając, że przy tak tajemniczej zmowie na pewno zamyślają uczynić coś gorszego niż wszystko, co dotąd czynili. Po długich domysłach doszliśmy do przekonania, że układają, jak by się włamać do cudzego domu czy spichlerza, sfałszować pieniądze lub coś w tym rodzaju. Lękaliśmy się też bardzo, zdecydowani za nic w świecie nie mieć nic wspólnego z ich łajdactwami, a pozbyć ich się przy lada jakiej sposobności; niech tylko gdziekolwiek wysiądą, my w drogę i... bądźcie zdrowi! Tak też zrobiliśmy.
Pewnego dnia, raniutko, po ukryciu tratwy w zaroślach o dwie mile od maleńkiej wioseczki zwanej Pikesville275, król wysiadł na brzeg i poszedł do wsi, zapowiadając nam, żebyśmy nie pokazywali się wcale, dopóki on nie powróci.
— Idę — rzekł — przewąchać, czy nie doszły tu słuchy o naszych przedstawieniach teatralnych.
A ja sobie myślę: „Aha! Idziesz przepatrzyć, gdzie by kogo okraść, a gdy wrócisz, to będziesz zachodził w głowę, gdzie jesteśmy: Jim, ja i tratwa”. Odchodząc, dodał, że jeżeli nie wróci przed południem, to znak dla księcia i dla mnie, że wszystko idzie dobrze, że mamy natychmiast iść do niego.
Zostaliśmy więc na tratwie. Książę był czegoś kwaśny i niespokojny, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. „Oho — myślę sobie — coś się gotuje”. Byłem więc rad, że południe nadchodzi, a króla nie ma, przynajmniej będzie jakaś zmiana, a może i ta najbardziej pożądana. Poszliśmy więc we dwóch z księciem na wieś i zaczęliśmy szukać naszego króla. Znajdujemy go wreszcie w jakimś mizernym szyneczku. Pijany, około niego gromada próżniaków, którzy drażnią go dla zabawy, a on im wymyśla, co ma siły, a ma jej niewiele, bo tak pijany, że się już nie może utrzymać na nogach.
Książę, zobaczywszy to, zaczyna mu wymyślać od starych durniów, a tamten odcina się. Podczas zażartej kłótni wziąłem nogi za pas i co żywiej, jak ścigany zając, pędzę ku rzece, aby skorzystać ze sposobności i uwolnić się raz na zawsze od tych oszustów. „No — mówię sobie — niemało wody upłynie, nim oni się z nami zobaczą”. Dopadam wreszcie tratwy, zdyszany, uszczęśliwiony i krzyczę na całe gardło:
— Odwiązuj tratwę, Jim! Pozbyłem się ich nareszcie!
Ale nikt mi nie odpowiada, nikt nie wychodzi. Cóż by to miało znaczyć? Gdzie Jim? Jima nie ma! Wołam na niego raz, drugi, trzeci, biegam po lesie tam i z powrotem, krzycząc zawzięcie, wszystko na próżno... Nie ma Jima, nie ma! Rzuciłem się więc na ziemię i zacząłem płakać, nie wiedząc, co począć. Nie mogłem jednak siedzieć bezczynnie. Zerwawszy się, biegnę drogą, a wciąż myśląc, gdzie szukać Jima.
Wtem spotykam jakiegoś chłopca. Zapytuję go więc, czy nie spotkał Czarnego, nietutejszego, w zabawnym ubraniu...
— Spotkałem.