— Jeżeli kiedyś temu zaprzeczysz, to cię utopię. A teraz siedź tu i becz jak dziecko. To akurat dla ciebie, z takim jak twoje postępowaniem. Nigdy jeszcze nie widziałem takiego chciwca. Jak ten stary struś, wszystko by łykał, co mu w oczy wpadnie. A ja mu ufałem jak ojcu. Wstydzić byś się powinien, że stałeś i słuchałeś spokojnie, jak wszystko zwalają na biednych Czarnych. I żeby choć słówko pisnął, ani mru-mru... I ja, głupiec, wierzyłem tej gadaninie... Teraz już rozumiem, dlaczego tak ci chodziło o pokrycie deficytu. Chciałeś wyciągnąć ze mnie wszystko, co do grosza, i wtedy dopiero dać drapaka.
Król, jeszcze trochę zasapany, odzywa się nieśmiało:
— Ale to ty, książę, powiedziałeś, że trzeba pokryć deficyt.
— Cicho bądź. Uszy mnie już bolą od słuchania twoich kłamstw... Dużo na nich zarobiłeś. Tamci odebrali wszystko swoje i jeszcze nasze w dodatku... Na-sze wła-sne. Ruszaj spać i nie zawracaj mi głowy deficytami, bo tak się z tobą rozprawię, że mnie na całe życie popamiętasz!
Król wsunął się więc do budki i na pociechę wziął się do butelki. I książę też wziął się do swojej, tak że za pół godziny mieli już obaj dobrze w głowie. W miarę jak tracili przytomność, coraz czulsi byli dla siebie, aż wreszcie zasnęli w swoich objęciach. Okropnie się pokochali przy butelce, ale zauważyłem, że pomimo całej miłości król pamięta o groźbie z powodu ukrycia worka w trumnie. I to było dla mnie prawdziwą pociechą. Ma się rozumieć, że gdy zaczęli dobrze chrapać, opowiedziałem Jimowi wszyściuteńko.
Rozdział XXXI
Próby i narady. — Nie ma Jima. — Wieści o Jimie. — Stare wspomnienia. — Huck walczy z sumieniem.
Płynąc przez wiele dni ciągle w dół rzeki, byliśmy już teraz na południu, bardzo daleko od domu, i zaczynaliśmy spotykać coraz częściej drzewa obrosłe właściwym południowi mchem „hiszpańskim”, którego długie zwoje spadają z gałęzi na kształt siwych bród. Po raz pierwszy widziałem ten mech, okryte nim drzewa wyglądały jakoś uroczyście i posępnie. Król i książę, spokojni już o swoją skórę, zaczęli korzystać z oddalenia od miejsca, w którym zdemaskowano ich oszustwo, i od czasu do czasu, gdy przepływaliśmy obok wioski, próbowali, czy nie uda im się złupić z mieszkańców nieco grosza.
Rozpoczęli od odczytu o wstrzemięźliwości, ale nie zebrali nawet tylu pieniędzy, żeby mogli się za nie upić. W innej znów wiosce otworzyli szkołę tańca, ale umieli tańczyć akurat tyle, co kangur, więc za pierwszym popisem cała publiczność w podskokach rzuciła się na nich, a oni w podskokach także — nie nader wdzięcznych — musieli się wynosić, nie tracąc czasu. Dalej znów chcieli dawać lekcje deklamacji, ale po bardzo krótkiej próbie publiczność zerwała się z miejsc, deklamując im, żeby się wynosili.
Próbowali wszystkiego: i kazań misjonarskich, i magnetyzowania, i leczenia, i przepowiadania, i różnych innych rzeczy, ale do niczego nie mieli szczęścia. Nareszcie, dawszy wszystkiemu za wygraną, leżeli po całych dniach na tratwie, nie mówiąc ani słowa, nie ruszając się z miejsca po całych godzinach, chmurni i zrozpaczeni.