— Ale gdzież tam, wszystko jasne jak na dłoni. Sam widziałem ogłoszenie. Opisany tam Czarny jak żywy, powiedziano nawet, z jakiej pochodzi plantacji, gdzieś z daleka, poza Nowym Orleanem. Nie, możesz być spokojny, wszystko w porządku. Nie masz ty czasem szczypty tytoniu?

Nie miałem ani źdźbła, rozstaliśmy się więc niebawem. Wróciwszy na tratwę, schowałem się do budki, żeby wszystko dobrze obmyślić. Ale myśli nie przychodziły, pomimo że mi głowa pękała od wysiłku. Po tak długiej podróży, po wszystkim, co uczyniliśmy dla tych niegodziwców, wszystko się wniwecz obróciło, dlatego że mieli za głupie czterdzieści dolarów zaprzedać serce Jima obcym ludziom na całe życie.

Przyszło mi na myśl, że tysiąc razy lepiej będzie Jimowi powrócić tam, gdzie ma rodzinę, i wśród swoich być niewolnikiem, skoro koniecznie musi nim zostać. Już miałem napisać do Tomka Sawyera, żeby oznajmił miss Watson, gdzie się Jim znajduje, ale odrzuciłem ten projekt z dwóch przyczyn. Raz dlatego, że oburzona jego nieuczciwością i niewdzięcznością, której złożył dowody, uciekając od tak dobrej pani, zaraz go natychmiast odsprzeda, i to na południe, bo tu najwięcej poszukiwani są niewolnicy. A po drugie, choćby go nawet nie sprzedała, to każdy będzie pogardzał niewdzięcznym Czarnym i da mu to odczuć. Wreszcie, jakżebym ja wyglądał! Rozniosłoby się po całym świecie, że Huck Finn dopomagał Czarnemu do ucieczki, i gdybym jeszcze kiedyś spotkał kogoś z rodzinnych stron, to spaliłbym się ze wstydu. Im dłużej zastanawiałem się nad tym, a sumienie dokuczało mi silniej, tym gorszy i bardziej nikczemny się czułem. A gdy nareszcie zrozumiałem, że dłoń Opatrzności otwiera mi oczy na moje zdrożne postępki, na które spoglądał ktoś z nieba, to zamierałem ze strachu, czując, że to oko patrzy na mnie ciągle i od dawna i że widziało, jak wykradałem Czarnego biednej kobiecie, która mi nigdy nic złego nie uczyniła. Usiłowałem więc, o ile mogłem, przebłagać Opatrzność, tłumacząc się swym zaniedbanym wychowaniem i nieszczęsnymi przeszkodami, lecz jakiś głos wewnątrz uparcie mi szeptał: „Nieprawda, miałeś szkołę niedzielną, mogłeś do niej chodzić, a gdybyś był chodził, to byłbyś wiedział, że kto postępuje tak jak ty z Czarnym należącym do miss Watson, ten zasługuje na ogień wieczny”.

Dreszcze chodziły po mnie i postanowiłem odtąd modlić się. Może też będę choć trochę lepszy.

Ukląkłem więc do pacierza, ale nie mogłem sobie przypomnieć ani słowa. Dlaczego? Albo ja wiem... Nie mogłem i już! Na nic się nie zdało udawać, że pacierz mówię, bo nie było możliwe ukryć przed Nim, że go zapomniałem. Siebie również oszukać nie mogłem, bo wiedziałem przecież, dlaczego ani jedno słowo nie przychodzi ma myśl. Oto dlatego, że moje sumienie nie było czyste, że nieprawość ciążyła na moim sercu, że okłamywałem samego siebie. Bo udawałem wprawdzie, że zrywam z dawną niegodziwością, ale w najciemniejszej kryjówce duszy trzymałem się grzechu oburącz, i to największego ze wszystkich. Niby to chciałem powiedzieć ustami, że postąpię, jak się patrzy, uczciwie, że napiszę do obecnego właściciela Jima i doniosę, czyim jest niewolnikiem, ale głos wewnętrzny mówił mi jasno, że usta kłamią — a On wiedział też o tym. Nie można kłamać w pacierzu, przekonałem się o tym osobiście.

Byłem więc pogrążony w strapieniu po uszy i sam nie wiedziałem, co dalej czynić. Przyszła mi wreszcie dobra myśl, żeby po napisaniu do miss Watson spróbować pacierza. Po tym postanowieniu od razu poczułem się lekki jak piórko, wszystkie moje utrapienia znikły bez śladu. Wziąłem więc kawałek papieru, ołówek i napisałem, co następuje:

„Miss Watson! Jim, Czarny, który uciekł od pani, jest tu o dwie mile od Pikesville, kupił go pan Phelps i odda go, jeżeli mu pani zwróci koszty i przyśle po niego.

Huck Finn”.

Po napisaniu tego listu po raz pierwszy w życiu miałem to przekonanie, że zupełnie uczciwy ze mnie chłopiec, że nic nie cięży mi na sumieniu. Czułem też, że teraz potrafię się modlić. Ale nie zaraz to uczyniłem. Położywszy ćwiartkę przed sobą, zacząłem rozmyślać nad tym, jak to dobrze, że tak się wszystko złożyło i że ujdę wiekuistego zatracenia. Po chwili jednak stanął mi Jim, jak żywy, przed oczyma i przypomniał mi się ów cały czas razem z nim spędzony na wodzie: dnie, noce, księżycowe wieczory, ulewy i burze. To pogoda, to nawałnica, to ciemność choć oko wykol, to blask taki, że potrzeba mrużyć oczy, a my sobie płyniemy wśród rozmowy, śmiechu, śpiewów i żartów na swobodzie! I jakoś nie mogłem natrafić na tę rację, z powodu której miałbym okazać się nieżyczliwy dla Jima. Przeciwnie, wszystkie, które mi przychodziły do głowy, jedynie za nim przemawiały.