Przypominało mi się, jak odbywszy swoje godziny warty, zamiast mnie na zmianę zawołać, sam pozostawał, by mnie oszczędzić; jak się ucieszył, gdy rozłączeni podczas mgły, odzyskaliśmy siebie nawzajem; jak mnie witał serdecznie po mym powrocie, gdy on się ukrywał w trzęsawisku, a ja używałem wczasu276 i zabawy; jak mnie pieścił, nazywał „kochaniem”, „gołąbkiem”; jak mi zawsze usługiwał, dogadzał; jak dobry był dla mnie. A na samym końcu przypomniało mi się, że go ocaliłem, wymyśliwszy ospę na pokładzie. Jak on mnie ściskał, nazywając swoim najlepszym i jedynym przyjacielem, bo wszak nikogo nie miał na świecie. I właśnie myśląc o tym, spojrzałem na ćwiartkę z paru wierszami do miss Watson.

Była to ciężka chwila. Wziąłem ową ćwiartkę i długi czas trzymałem ją w rękach, które drżały mi jak liść, bo teraz trzeba było nieodwołalnie wybierać: na prawo czy na lewo, raz na zawsze. Po kilku minutach wewnętrznej walki rzekłem do siebie:

— No, stało się! Niech tam już idę do piekła!

I podarłem list na kawałki.

Strasznie mi pomyśleć o tym, a cóż dopiero wymówić takie słowa, a jednak wyrzekłem je, wiedząc, że ich nie cofnę, że nawet nie będę myśleć o cofnięciu postanowienia. Wszystko, co już przemyślałem, wyrzuciłem z głowy, powiedziałem sobie, że gdy nie ma na to rady, muszę powrócić do złego. Nie mogę być uczciwy, bo nie chowano mnie na uczciwego, lecz na nicponia, i takim też widać pozostanę. A skoro tak już musi być, to się zabiorę do roboty i wykradnę Jima z niewoli.

Zacząłem więc szukać sposobów dopięcia celu. Spośród różnych myśli jedna przypadła mi wreszcie do smaku. Upatrzywszy wśród wysepek jedną na uboczu, bardziej od innych zadrzewioną, o zmroku prześlizgnąłem się do niej, tratwę ukryłem wśród gęstwiny, a sam poszedłem spać w krzaki. Spałem całą noc jak zabity, a świt już mnie zastał na nogach. Posiliwszy się, włożyłem najporządniejsze ubranie i z zawiniątkiem różnych drobiazgów popłynąłem łódką ku lądowi. Wysiadłszy niedaleko miejsca, w którym, według mnie, powinien był znajdować się dom Phelpsa, ukryłem zawiniątko w krzakach, w łódkę zaś, obciążoną kamieniami, nalałem wody. Miejsce dobrze sobie zapamiętałem; łódka została pod wodą, może o ćwierć mili od niewielkiego tartaku parowego, nad samym brzegiem.

Uczyniwszy to wszystko, wyszedłem na drogę. Przechodząc koło tartaku, widzę napis: „Tartak parowy Szymona Phelpsa”.

Zadowolony z siebie, maszeruję dalej, zmierzając ku folwarkowi odległemu o paręset sążni. Mało oczu sobie nie wypatrzyłem, rozglądając się pilnie dokoła siebie, ale chociaż dzień już był jasny, nie dostrzegłem żywej duszy. Nic mi na tym jednak nie zależało, chciałem tylko przypatrzyć się dobrze miejscowości. Miałem bowiem zamiar powrócić tutaj, nie od strony rzeki, lecz od miasteczka, które widać było nieopodal. Dobrze zapamiętawszy więc sobie szczegóły położenia, idę do miasta. Pierwsza osoba, którą spotykam na ulicy, to — książę! Oczom własnym nie wierzę, a jednak to on, we własnej swojej osobie, rozlepia afisze na widowisko, „jakiego jeszcze nie widziano”, zupełnie jak wtedy, kiedy to ledwo z życiem uciekli... Że też tacy nicponie wschodzą tam, gdzie ich nie posiano! Tak wpadłem na niego niespodzianie, że na ukrycie się nie było czasu. Książę, zdziwiony wielce, pyta:

— A ty skąd się tu wziąłeś? Gdzie tratwa? Czy w dobrym miejscu schowana?

— O to właśnie miałem pytać waszą książęcą mość — odpowiadam.