Przeciągnęła mu się mina, gdy to usłyszał, i rzecze:
— Skądże ci przyszło do głowy mnie o to pytać?
— Ano — mówię — wczoraj, gdy znaleźliśmy króla w szynkowni, nie przypuszczając, żeby powrócił tak prędko, poszedłem wałęsać się po mieście dla zabicia czasu, w oczekiwaniu hasła powrotu. Tymczasem nadszedł jakiś człowiek i przyrzeka mi dziesięć centów, jeśli mu pomogę przeprawić barana na drugą stronę rzeki. Ja na to jak na lato. Poszedłem, ciągniemy barana z całych sił, ten się opiera, więc ów człowiek daje mi sznur, mówiąc: „Trzymaj mocno, a ja go będę próbował popychać z tyłu”. Dobrze! Więc ciągnę za sznur, ale przeklęte bydlę jest silniejsze ode mnie. Wyrwał mi się i w nogi, a my za nim... Nie mieliśmy psa, więc trzeba było uganiać się za nim po polach, nie wiem, jak długo. Schwytawszy go wreszcie, gdy już było porządnie ciemno, dobiliśmy szczęśliwie do miejsca. Wracam z dziesięcioma centami w kieszeni i ruszam prosto do tratwy. Ale gdy zobaczyłem, że jej nie ma, byłem zgnębiony. Nic innego, myślę sobie, tylko nawarzyli tam piwa i zmuszeni do ucieczki, zabrali ze sobą mojego Czarnego, jedynego Czarnego, jakiego miałem... Co ja tu zrobię nieszczęśliwy! Usiadłszy, zacząłem płakać, a potem całą noc przespałem w lesie... Ale cóż się mogło stać z tratwą? I z Jimem, z moim biednym Jimem?
— Bodajbym skisł, jeżeli wiem, co się stało z tratwą. Ten stary dureń zrobił jakiś interes, za który dostał czterdzieści dolarów, ale kiedy go znaleźliśmy w szynkowni, już większą część przegrał w zakłady, a resztę przepił do ostatniego centa. Po powrocie wieczorem nad rzekę, nie zastawszy tratwy, powiedzieliśmy sobie: „Ten mały nicpoń skradł naszą tratwę, porzucił nas tutaj, a sam uciekł”.
— Czyżbym ja porzucił swego Czarnego, jedynego Czarnego, jaki mi został? Nic więcej nie posiadam na świecie!
— O tym nie myśleliśmy jakoś. Co prawda, przywykliśmy uważać go za swego. Tak... za swojego... Bóg jeden wie, ile on nam przyczynił ambarasu... Ale widząc, że tratwy nie ma, żeśmy osadzeni na koszu, musieliśmy ogłosić trzy przedstawienia... Co ja się nakręciłem i nalatałem, aż mi w gębie wyschło od gadania. Gdzie masz owe dziesięć centów?
Grosza mi nie brakło, daję mu więc dziesięć centów, lecz proszę, żeby kupił za nie coś do jedzenia i podzielił się ze mną, bo to są jedyne pieniądze, jakie posiadam, a od wczoraj nic w ustach nie miałem.
Nie odrzekł na to ani słowa, tylko, pomilczawszy chwilkę, pyta:
— Jak ci się zdaje? Nie nagada na nas ten Czarny? Obdarłbym go żywcem ze skóry!