I rzeczywiście tak było. Nie dowierzał mi i chciał się upewnić, że nie będę mu stawał na drodze przez trzy dni. Niebawem więc rzecze:
— Nabył go właściciel folwarku nazwiskiem Abraham Foster, uważaj: Abraham G. Foster. Mieszka o czterdzieści mil stąd, w głąb kraju, na drodze do Lafayette.
— Doskonale! — powiadam uradowany. — Za trzy dni już tam będę. Dziś wieczorem puszczam się w drogę.
— Nie nad wieczorem, ale natychmiast. Nie trać czasu, nie zwlekaj, nie bałamuć się w drodze, idź prosto przed siebie, a język trzymaj za zębami, bo inaczej będziesz miał ze mną do czynienia. Słyszysz, co mówię?
Tylko tego było mi potrzeba. Chciałem mieć rozwiązane ręce i swobodę wykonania swych planów.
Poszedłem więc we wskazanym kierunku. Nie oglądając się, czułem, że książę mnie śledzi. „Wywiodę ja cię w pole” — myślałem w duchu. Nie zatrzymując się przez jakąś milę, zawróciłem w końcu i okrążając lasem, poszedłem w stronę Phelpsa. Nie miałem bynajmniej zamiaru łamać danego słowa i wydawać oszustów w ręce władzy, ani też nie pozwoliłbym na to Jimowi. O jedno mi tylko chodziło: raz na zawsze zejść im z drogi i nigdy już nie oglądać ich królewsko-książęcych mości.
Rozdział XXXII
Folwark Phelpsa. — „To ty?” — Ciotka Tomka Sawyera.
Gdy stanąłem wreszcie na folwarku Phelpsa, zastałem tam taką ciszę, jakby to była niedziela, nie dzień powszedni.