Wszyscy robotnicy byli w polu, słońce piekło jak ogniem, a w powietrzu unosiło się to leciutkie brzęczenie owadów i muszek, które gdy gdziekolwiek je słyszę, to zdaje mi się, że tam już nie ma żywej duszy, że albo wszyscy gdzieś poszli, albo wymarli. A wtedy nawet, gdy się wiatr podniesie i zaszeleści listkami, to jeszcze mi smutniej, bo mniemam, że to dawno umarłe duchy coś o mnie szepczą. Taki mnie smutek wówczas ogarnął, że wolałbym nie być na świecie.
Folwark Phelpsa był jedną z tych małych plantacji bawełny, którą może obrobić jeden koń. Wszystkie one są do siebie podobne: duże podwórze otoczone rowem, a nad nim coś na kształt ogrodzenia z pni przepiłowanych i zaostrzonych na końcu, ale nierównej długości, tak że wyglądają jakby ustawione rzędem beczułki niejednakowego wymiaru. Podobne ogrodzenie służy głównie do tego, aby stanąwszy na pniaku, łatwiej rów przeskoczyć albo, kobiecie na przykład, siąść na konia bez żadnej pomocy.
Na rozległym dziedzińcu widać było tu i ówdzie niewielkie, pożółkłe od skwaru trawniki, lecz przeważnie był pusty i ogołocony z wszelkich ozdób. W głębi dziedzińca stał wielki, porządny dom właścicieli, zbudowany z bierwion, to jest grubych pni, ociosanych z kory i przepiłowanych na pół. Szpary pomiędzy nimi zatyka się gliną albo mieszaniną wapna, gliny i piasku. Domy takie, od czasu do czasu bielone wapnem, mają na ścianach ładne, białe pasy. Nieco dalej kuchnia, cała z okrąglaków277, połączona z domem szeroką galerią krytą dachem; za kuchnią wędzarnia, jeszcze dalej trzy małe chaty z okrąglaków, przeznaczone dla Czarnych, w głębi zaś, nad samym rowem, stojąca na uboczu chatka tak mała, że można ją nazwać budką, a tuż obok ocembrowany278 dół do zsypywania popiołu oraz ogromny kocioł do warzenia mydła. Pod ścianą kuchni długa, wkopana w ziemię ławka, na niej wiadro wody i tykwa zastępująca kubek; pod ławką śpiący pies, a opodal kilka innych psów, również śpiących. W jednym z rogów dziedzińca trochę drzew, nad rowem rząd porzeczek i agrestu, za nim ogród i grzędy kawonów279, a dalej pole bawełny. Za polem nie ma nic prócz puszczy, w której zwartym szeregiem stoją drzewa.
Obszedłszy wokoło całą zagrodę, dostałem się do wnętrza przez ogrodzenie, tuż obok dołu na popiół. Idę w stronę kuchni, a im bardziej się zbliżam, tym wyraźniej słyszę skrzypiący turkot kołowrotka. Coś zepsutego musiało w nim być, bo jęczał, skrzypiał, zgrzytał, aż uszy bolały!
Idę prosto do kuchni, bez żadnego wyraźnego zamiaru, ufając tylko Opatrzności, która, jak zauważyłem, pozostawiona sama sobie, zawsze mi dobrze podpowiada.
Gdy byłem zaledwie o kilkanaście kroków od kuchni, jeden z psów, zbudzony mymi krokami, podniósł się, przeciągnął i wpada na mnie, a za nim drugi, trzeci i cała zgraja.
Wkrótce byłem podobny do sztorcem280 stojącej osi, wokoło której kręcą się ruchome, kosmate szprychy. A zbiegało się ich coraz więcej: zza ogrodzenia, z rowu, spod ścian, ze wszystkich kątów powyłaziło tego co niemiara, rozmaitego wzrostu, gatunku i sierści, lecz wszystkie jednakowo wściekłe, jakbym im Bóg wie co uczynił.
Usłyszawszy to ujadanie, wybiegła z kuchni Czarna z wałkiem od ciasta w ręku:
— A poszły! Poszedł, Tygrys! Leżeć, Plama! Poszły, psiska! Dam ja wam!
Jednego psa wałkiem po grzbiecie, drugiego ręką za kark, trzeciego nogą, gdzie popadło, aż odskoczyły wszystkie, skomląc żałośnie. Po chwili połowa napastników powróciła, machając przyjacielsko ogonami i łasząc się do mnie. Zaraz też na poczekaniu nastąpiło przyjazne zbliżenie, bo tak w psie, jak i we mnie nie ma ani krzty złości.