— Co ty zrobiłeś! Ukradną!

— Nie, ciociu, są w dobrym miejscu.

— Jakże się więc stało, że jadłeś tak rano gorące śniadanie?

Widząc, że lód pode mną zaczyna trzeszczeć, brnę dalej:

— Kapitan wziął mnie ze sobą do oficerskiej jadalni i miałem doskonałe śniadanie.

Taki się czułem nieswój, że nie mogłem usiedzieć. Ciągle zerkałem na dzieci, myśląc, że jeżeli mi się uda pomówić z nimi na stronie, to wyciągnę z nich, gdzie jestem i jak się nazywam. Ale nie było sposobu; pani Phelps mówiła i mówiła bez ustanku. Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy usłyszałem:

— Ale my tu gawędzimy i gawędzimy, a nie powiedziałeś mi jeszcze ani słowa o swoich. Musisz powiedzieć o każdym z osobna wszystkie szczegóły, jak się mają, jak wyglądają, co robią, co ci kazali nam powiedzieć?... Wszystko mów, co ci na myśl przyjdzie!

Widzę, że ugrzązłem bez ratunku, że Opatrzność odstąpiła mnie już najzupełniej. Nie mając żadnego wyjścia, już otwierałem usta, by wyznać prawdę, gdy „ciotka” wpycha mnie gwałtem za łóżko i mówi:

— Idzie! Idzie! Schyl głowę... niżej... jeszcze... ot, tak! Teraz cię nie zobaczy... Nie odzywajże się i nie ruszaj... Zwiodę go... Dzieci, żebyście mi ani słowa nie mówiły.

„Masz tobie! — myślę. — Nowa bieda!”. Ale cóż miałem robić? Trzeba się było schować i stać cicho w oczekiwaniu na piorun, który w końcu musiał uderzyć.