Tylko raz zerknąłem okiem w stronę drzwi i ujrzałem niemłodego już pana. „Ciocia” zrywa się z miejsca, biegnie ku niemu i pyta:

— Cóż, przyjechał?

— Nie — odpowiada małżonek.

— Wielki Boże! Cóż się z nim mogło stać?

— Nie mam pojęcia — odpowiada niemłody pan — i muszę przyznać, że zaczynam być bardzo niespokojny.

— Niespokojny! — podchwyciła ciocia. — Ja też głowę tracę... Musiał przyjechać... Minąłeś się z nim na drodze... Pewna jestem, że tak... Coś mi powiada, że przyjechał.

— Ależ, Salciu, nie mogłem się z nim minąć. Sama wiesz, że nie mogłem.

— Boże mój, Boże! Co na to powie moja siostra? Przyjechał, ręczę, że przyjechał. Minąłeś się z nim... Nie zauważyłeś...

— Nie męcz mnie, Salciu, i tak już jestem zmęczony niepokojem. Sam nie wiem, co mam o tym myśleć, co mam czynić... Jestem więcej niż niespokojny, jestem zmartwiony... Tak, zmartwiony... Nie ma wątpliwości, że nie przyjechał... Salciu... Ciężko mi to powiedzieć... ale chyba z okrętem zdarzyło się jakieś nieszczęście! Ach! To okropne!

— Silas! Silas! — przerwała mu „ciotka”. — Spójrz no w okno! Kto to tam idzie drogą?