Rozdział XXXIII
Nie konio-, ale Murzynokrady. — Gościnność południowców. — „Ty niegodziwy smarkaczu!” — W smole i w pierzu.
Ruszam więc do miasta i w połowie drogi widzę nadjeżdżający wózek, a na nim... któż by inny, jak nie Tomek? Tomek Sawyer! On sam, we własnej osobie. Przystanąłem, czekam, aż się zrównamy, i wołam:
— Stój!
Wózek staje, Tomek spostrzega mnie, rozwiera usta na oścież jak wjazdową bramę i już ich potem nie zamyka. Parę razy z trudem przełyka ślinę, jak ktoś, komu w gardle zaschło, po czym odzywa się:
— Ja... ja ci nigdy nie zrobiłem nic złego... Sam wiesz, że nie! Więc czemu... czemu powracasz z... tamtego... z tamtego świata i do mnie przychodzisz?
A ja mu na to:
— Nie powracam wcale, bo tam nie chodziłem.
Usłyszawszy mój głos, ochłonął nieco z przerażenia, lecz choć niezupełnie doszedł do siebie, mówi:
— Nie żartuj ze mnie, bo ja bym z ciebie nie żartował. Powiedz, jesteś porządny chłopak, nie jesteś duchem?