— A na cóż nam piła?
— Jak to, na co? Trzeba przecież odpiłować nogę łóżka, o którą łańcuch zaczepiony.
— Po co? Sam dopiero mówiłeś, że wystarczy podnieść łóżko, żeby łańcuch sam opadł.
— Ach, Huck, z tobą prawdziwa zgryzota! Jakie ty masz dziecinne pomysły! Ty chyba nigdy w życiu nie czytałeś porządnej książki: ani pamiętników barona Trencka287, ani Casanovy288, ani Benvenuta Celliniego289, ani Henryka IV290, ani w ogóle żadnej pouczającej? Któż słyszał uwalniać więźnia tak pospolitym sposobem? To dobre dla starych panien, lecz nas niegodne. Nie, nigdy! Prawdziwe w tej kwestii powagi uczą tak: przepiłować nogę od łóżka, trociny połknąć, żeby nie zostało ani ździebełka, miejsce, gdzie noga przepiłowana, pomazać błotem albo tłustością, a wtedy najwprawniejsze oko nie spostrzeże przepiłowania. W chwili stanowczej wyciągniemy spod łóżka odpiłowaną nogę, łańcuch opadnie, no... i po wszystkim. Wtedy dopiero spuszczasz się po sznurowej drabinie do fosy, łamiesz nogę... bo taka drabina powinna nie dostawać na co najmniej dziewiętnaście łokci... A tam już czekają z końmi wierni wasale, podnoszą cię omdlałego, rzucają na siodło i lecisz z wiatrem w zawody do ojczyzny, do Langwedocji291, Nawarry292 albo gdzie indziej. To się nazywa uciekać z więzienia! Chciałbym, żeby wokoło tej budki była fosa. Jeżeli nam wystarczy czasu, wykopiemy ją jeszcze.
— Po cóż fosa — mówię — kiedy wykopiemy przejście podziemne?
Ale Tomek nawet nie słuchał, zapomniał o mnie i o świecie. Brodę podparłszy ręką, myślał, myślał nad czymś długo, nareszcie westchnął, wstrząsnął głową, znów westchnął i mówi:
— Nie, nie można. Nie ma naglącej konieczności. Nie można...
— Czego nie można? — pytam.
— Odpiłować nogi Jimowi.
— Ma się rozumieć, że nie można. A po cóż byś ty miał mu nogę odpiłowywać?