— No, to przelicz jeszcze raz.
Wtedy ja znów ukradkiem ściągam łyżeczkę, ma się rozumieć, wypada dziewięć. Ciocia aż się zatrzęsła z gniewu, ale wciąż liczy, raz, drugi, trzeci i dziesiąty, aż doszło do tego, że już koszyk liczyła za łyżeczkę, wypadało zaś rozmaicie, to dziewięć, to dziesięć. Porwała więc koszyk i rzuciła go na ziemię z takim hałasem, że kot śpiący na oknie zerwał się i uciekł przestraszony. Po czym kazała nam wynosić się i dać jej święty spokój, bo gdy któryś z nas nawinie się jej na oczy przed obiadem, to go żywcem ze skóry obedrze. Odchodząc, wsunęliśmy łyżeczkę do kieszeni fartucha i znalazł ją tam Jim razem z ćwiekiem i ze śliwkami, którymi ciocia wypchała kieszeń dla niego.
W przekonaniu Tomka zachód sowicie nam się opłacił, bo teraz, gdyby życie cioci zależeć miało od przeliczenia raz jeszcze łyżeczek, nie będzie ich liczyć, nie dowierzając sobie nawet wtedy, gdy się nie omyli w rachunku.
Tej samej nocy, położywszy prześcieradło na swoim miejscu, wyciągnęliśmy drugie z innej szafy. Potem, oddawszy je, znów wzięliśmy tamto i tak powtarzając sztukę kilkakrotnie, doprowadziliśmy ciocię do tego, że nie wiedziała już sama, ile ma prześcieradeł. Oświadczyła nawet, że jej to wszystko jedno, że nie myśli zagryźć się na śmierć dla paru głupich prześcieradeł, że woli umrzeć niż je liczyć.
Zatem dzięki psom, szczurom i podwójnemu rachunkowi posiadaliśmy koszulę, prześcieradło, łyżeczkę i świece. Co zaś do lichtarza, to przedmiot ten był małej wagi i wiedzieliśmy, że wkrótce o nim zapomną.
Ale za to z owym pierogiem było kłopotu co niemiara; trzeba go było piec w lesie. Trzy miednice mąki wyszły na ten pieróg, przy którym poparzyliśmy ręce i nałykaliśmy się dymu.
Następnej nocy, pokrajawszy u Jima prześcieradło na wąskie paseczki, ukręciliśmy z nich przed świtem jeszcze sznur taki, że można by się na nim powiesić.
Niestety, drabina nie chciała wejść w pieróg, można nią było nadziać ze czterdzieści pierogów, zachowując coś jeszcze na zupę i na pieczyste299. Dlatego też trzeba było wyrzucić część drabiny, a szkoda, bo sznur był śliczny! Ostatecznie upiekliśmy pieróg nie w miednicy, bo zlutowanie stopiło się w ogniu i dno odleciało, lecz w mosiężnym żelazku do ogrzewania pościeli, które wujaszek Silas przechowywał na strychu jako pamiątkę po jednym z bardzo dawnych przodków. Tak więc Jim posiadał wszystko, co porządnemu więźniowi było potrzebne. Zostawszy sam, rozłamał pieróg, drabinę ukrył w sienniku, na jednym z cynowych talerzy wydrapał trochę kresek i kółek i wyrzucił talerz przez okno.