— Nic do roboty nie miałem, proszę cioci... Naprawdę, ciociu, nic.

Myślałem, że mnie już potem puści i kiedy indziej byłaby tak zrobiła, ale że się tyle nadzwyczajnych rzeczy działo teraz koło niej, więc pełna podejrzeń, wyrzekła bardzo stanowczym głosem:

— Ruszaj mi do tego pokoju i siedź tam. Coś, widzę, zbroiłeś, bo byłeś tam, gdzie nic nie masz do roboty, muszę zobaczyć, co zbroiłeś.

I poszła sobie, a ja rad nierad musiałem wejść do pokoju na dole, gdzie o tej porze zazwyczaj bywały pustki. Tymczasem rojno tam było jak w ulu! Piętnastu dzierżawców z sąsiedztwa, każdy ze strzelbą! Aż mi się niedobrze zrobiło. Wszyscy siedzieli na ustawionych w półkole krzesłach, rozmawiając ze sobą półgłosem, i widać było, że tylko udawali spokój. Mnie samemu było także nieswojo, a ponieważ oni siedzieli w kapeluszach na głowie i ja też nie zdjąłem swojego.

Z całej duszy pragnąłem powrotu cioci Salci i wyjścia z tego aresztu. Należało już raz dać spokój tym głupstwom i drapnąć czym prędzej razem z Jimem, zanim się wszyscy zorientują.

Ciocia, wróciwszy, zadawała mi różne pytania. Nie mogąc na żadne z nich dać prawdziwej odpowiedzi, wiłem się jak piskorz... „A co? A gdzie? A jak? A dlaczego?”. Czuję, że przewraca mi się w głowie, że robi mi się coraz goręcej, masło zaś zaczyna mi topnieć pod kapeluszem, spływając po karku i za uszami. I to nic, ale gdy jeden z dzierżawców odezwał się: „Ja teraz pójdę do komórki i tam będę czekał na opryszków”, to tak mną rzuciło, że o mało nie runąłem z krzesła, a stopniałe masło płynęło mi po czole coraz silniej. Zobaczywszy to wreszcie, ciocia Salcia zbladła jak chusta i woła drżącym głosem:

— Na rany boskie! Co temu dziecku jest? Nic innego, tylko dostał zapalenia mózgu, tak, że mu w głowie aż kipi!

Zrywają się wszyscy z przerażeniem, ciocia zdejmuje mi kapelusz z głowy, lecą na ziemię placuszki, leci reszta niestopniałego jeszcze masła, a ciocia, obejmując mnie za szyję i tuląc do piersi, woła:

— Ach! Jakże ja się przestraszyłam! Dzięki Bogu, że nic groźnego! Myślałam, że znów jakie nieszczęście, bo sypią się na nas bez miłosierdzia; złe nigdy samo nie przychodzi... Byłam pewna, że już po tobie!... Ach! Co by to było, gdyby tak mózg, nie masło... Czemu ty mi nie powiedziałeś, po co chodziłeś do spiżarni? Nie byłabym cię zatrzymywała. Bierz sobie tyle masła, ile chcesz... No, a teraz idź zaraz do łóżka i nie pokazuj mi się aż do rana!