Cały tłum był silnie rozjątrzony, niektórzy chcieli natychmiast powiesić Jima dla przykładu wszystkim Czarnym. Drudzy zaś mówili:
— Nie czyńcie tego. Nie macie prawa, to nie wasz Czarny. Znajdzie się właściciel i każe wam zapłacić za szkodę, jaką mu wyrządzicie, wieszając zdrowego niewolnika.
Ochłonęli więc najzapalczywsi, klnąc tylko Jima i szturchając, gdzie popadło. Jim, smutny i milczący, patrzył na mnie tak, jakbyśmy się spotkali pierwszy raz w życiu. Zaprowadzono go do tej samej komórki, kazano mu włożyć jego własne ubranie i wzięto na łańcuch, tym razem do potężnego haka przytwierdzony. Włożono mu kajdany na ręce i na nogi, a wreszcie zapowiedziano mu, że będzie dostawał tylko chleb i wodę, póki się nie zgłosi jego właściciel; w przeciwnym razie będzie sprzedany na licytacji.
Po tych operacjach zagrzmiały znów przekleństwa i wymyślania, podczas których zjawił się doktor.
— A nie wymyślajcie mu — rzekł — nad potrzebę, bo to poczciwy Czarny. Kiedy dostałem się na ową tratwę, gdzie miałem znaleźć chorego, byłem w trwodze, że nie dam sobie rady bez pomocnika. O zostawieniu chłopca samego nawet nie mogło być mowy, gdyż bredził nieprzytomny, rzucał się, nie pozwalając przystąpić do siebie. Groził, krzycząc, że jeżeli się ośmielę naznaczyć kredą jego tratwę, to mnie zabije, i plótł tym podobne brednie. Widząc, że z każdą chwilą mu gorzej, że nie dam rady, mówię sam do siebie, rzecz prosta, że bądź co bądź, trzeba chorego tak zostawić i poszukać jakiejś pomocy. Wtem, jakby spod ziemi, staje przede mną Czarny, oświadczając, że mi pomoże... I pomógł. Doskonale zrobił wszystko, co trzeba. Naturalnie, zaraz się domyśliłem, że to zbiegły Czarny, więc nie mogąc się ruszyć, musiałem siedzieć jak przykuty przez resztę nocy, a potem znów dzień i noc. Mam kilku pacjentów chorych na febrę i chętnie bym poszedł ich odwiedzić, a tu... boję się ruszyć, bo nuż przez ten czas Czarny ucieknie, to będę za to odpowiadał! Trzeba więc było siedzieć kamieniem309 i muszę przyznać, że nigdy nie widziałem Czarnego, który by troskliwiej doglądał chorego i okazywał mu więcej przywiązania z narażeniem własnej wolności. O! Taki Czarny, panowie, wart jest tysiąc dolarów... no i łagodniejszego obchodzenia się z nim. Dopiero dziś rano, gdy spostrzegłem o brzasku kilku ludzi płynących łódką, kiwnąłem na nich i przybyli akurat w porę, gdy Czarny, złożywszy głowę na kolanach, spał jak zabity. Związali go więc prędko i cicho. Że zaś chory, zasnąwszy, nic nie wiedział, wiosła owinęli gałganami i popłynęli do brzegu. Czarny nie stawiał żadnego oporu, milczał i spoglądał tylko na chłopca, czy się nie zbudzi, nie jęknie... Poczciwy Czarny, powiadam... Związać go trzeba było, na to nie ma już rady... Ale nie róbcie mu krzywdy...
— Doktor ma rację — wtrącił jakiś głos. — Nie należy krzywdzić Czarnego.
Słysząc to, zmiękli i inni, a ja byłem wdzięczny doktorowi, że ujął się za Jimem i że mówił o nim słowo w słowo to samo, co ja zawsze o nim myślałem. Bo, muszę przyznać, że po pierwszej rozmowie z Jimem odgadłem w nim zaraz zacnego człowieka i dobre serce — a że czarne, to już on temu nie jest winien.
Dla złagodzenia doli Jima postanowiłem, po rozejściu się wszystkich, pójść do cioci Salci i powtórzyć jej słowo w słowo to wszystko, co mówił doktor.
Miałem też przed ową rozmową nie lada orzech do zgryzienia, bo przecież trzeba było wytłumaczyć cioci, dlaczego jej nie powiedziałem o ranie Tomka, dlaczego skłamałem, że jest na poczcie, dlaczego pozwoliłem jej całą noc czekać na niego.