Miałem jednak dość czasu do namysłu, gdyż ciocia Salcia przez dzień i noc nie wychodziła z pokoju Tomka.
Nazajutrz rano usłyszałem, że Tomek jest zdrowszy i że ciocia Salcia poszła zdrzemnąć się trochę. Postanowiłem wówczas wejść do pokoju chorego i jeżeli nie śpi, obmyślić wspólnie najlepsze zamydlenie oczu naszym starym. Ale Tomek spał smacznie i spokojnie, a zamiast czerwonych jak ogień policzków, z którymi go tu przyniesiono, miał twarz bladą jak płótno.
Usiadłem więc w kąciku i czekam, aż się obudzi. Po jakiejś godzinie weszła na palcach ciocia Salcia. Sam nie wiedziałem, czy zostać, czy uciekać, ale ona, dawszy mi znak, żebym nie czynił hałasu, usiadła przy mnie i szeptem zaczęła opowiadać o pocieszających symptomatach choroby.
Wreszcie Sid poruszył się, przeciągnął, otwiera oczy, rozgląda się po całym pokoju i zupełnie naturalnym już głosem powiada:
— Aha! To ja jestem w domu! Skądże się tu wziąłem? Gdzie tratwa?
— Nie troszcz się, wszystko dobrze — odpowiadam.
— A Jim?
— Bezpieczny!
— A to dobrze! Doskonale! Teraz możemy być spokojni. A powiedziałeś też cioci?
— O czym, Sid? — wtrąciła ciocia.