Ale Tomek był taki uradowany i dumny z siebie i z nas obydwóch, że chociaż ciotka mu groziła, on wcale na to nie zważał. Ona swoje, a on swoje. Ona się złości i wymyśla nam, a on trzepie i trzepie... Wreszcie ciotka powiada:
— Cieszcie się, cieszcie, lecz zapowiadam, że jeżeli wam się jeszcze zachce nim opiekować...
— Kim? — zapytuje Tomek zadziwiony, przestając się uśmiechać.
— Jak to, kim? Czarnym, ma się rozumieć. O kimże innym mogłabym mówić?
Tomek spoważniał, patrzy na mnie i pyta:
— Tomku, czy nie powiedziałeś mi, że wszystko dobrze? Więc Jim nie jest wolny?
— Jim? — wykrzykuje ciocia. — Jim, zbiegły Czarny! Ma się rozumieć, że nie wolny... Jeszcze by tego brakowało! Schwytali go, związali, przyprowadzili tutaj i siedzi znów w tej samej komórce, o chlebie i wodzie, w kajdanach i będzie siedział, dopóki się po niego nie zgłosi właściciel lub dopóki nie sprzedadzą go przez licytację.
Tomek zrywa się z poduszek i siada na łóżku wyprostowany, oczy mu się iskrzą, nozdrza wydymają i na cały głos krzyczy:
— Nikt nie ma prawa go zamykać! Wypuścić go! Zaraz wypuścić! Jim nie jest niewolnikiem! Wolny on, jako my wszyscy!