— Nie, masz go dotąd — powiada Tomek. — Pieniądze są wszystkie, sześć tysięcy dolarów z górą. Twego ojca nie było do chwili mego wyjazdu.

Na to Jim rzekł uroczyście:

— I nie będzie go wcale. Nie powróci.

— Dlaczego, Jim?

— Mniejsza o to, dlaczego. Powiadam ci, Huck, że nie wróci.

Lecz gdy na tym twierdzeniu nie poprzestałem, rzekł w końcu z wielką powagą:

— Pamiętasz, Huck, ten dom, który spotkaliśmy, płynący z wodą w dół rzeki? W tym domu był człowiek, miał przykrytą głowę. Myśleliśmy, że śpi. Powiedziałem ci: nie odkrywaj go... Pamiętasz? Sam jednak poszedłem i odkryłem, a gdy usiłowałeś wejść powtórnie, to cię nie wpuściłem... Pamiętasz? No... To znaczy... że możesz odebrać swoje pieniądze, bo tym człowiekiem był twój ojciec...

Tomek wyzdrowiał zupełnie, kulę, którą mu wyjęto z łydki, nosi na łańcuszku od zegarka i ciągle patrzy, która godzina.

Nie mam już nic więcej do pisania, z czego okropnie jestem rad, bo gdybym był wiedział, jaka to praca napisać książkę, to nie byłbym wcale zaczynał. Drugi raz też pewno nie zacznę.

Zdaje mi się, że z wyprawy do kraju Indian nic nie będzie, a przynajmniej nie teraz, bo ciocia Salcia chce zostać moją matką, to jest usynowić mnie i ucywilizować. Czy ja to wytrzymam? Już próbowałem tego przysmaku i...