— Tak? Jak dawno tu jesteś?
— Przyszedłem tej samej nocy, kiedy ciebie zabili.
— I cały czas nie jadłeś nic prócz jagód?
— Ano tak.
— No to musisz być okropnie głodny?
— Zjadłbym chyba całego konia. A ty od jak dawna jesteś na tej wyspie?
— Także od tej nocy, gdy mnie zabili.
— Nie może być? Czym żyłeś? A prawda, ze strzelbą głodu nie ma. Upolujże co, a ja rozpalę ogień.
Udaliśmy się więc w stronę zatoki, w której stała moja łódź, i podczas gdy Jim rozniecał ogień na małej polance wśród drzew, ja przyniosłem mąkę, słoninę, imbryczek do kawy, patelnię, cukier i dwie blaszane filiżanki. Jim patrzył na to wszystko ze zdziwieniem i ze strachem, bo myślał, że to czary. Złapała się też na wędkę wyborna ryba, Jim oskrobał ją nożem, który miał przy sobie, i usmażył.
Gdy śniadanie było gotowe, usiedliśmy wygodnie na ziemi i zajadaliśmy ze smakiem gorącą strawę, zwłaszcza Jim, który od tak dawna nie miał w ustach nic oprócz jagód. Po obfitym śniadaniu pokładliśmy się na trawie i leżymy. Po chwili Jim powiada: