— Widzę — rzekłem — że nie można dłużej grać komedii, więc wyznam prawdę, prosząc o dotrzymanie danego mi słowa. Moi rodzice już nie żyją, a opieka oddała mnie na naukę do właściciela folwarku, o trzydzieści mil stąd w głąb kraju, starego skąpca, który tak źle się ze mną obchodził, że nie mogąc dłużej wytrzymać, ściągnąłem córce trochę ubrania i uciekłem w przekonaniu, że mój wój, Abner Moore, zechce się mną zaopiekować. Toteż pilnie mi było dojść do tego miasteczka, do Goshen.
— Co ty mówisz, Goshen? Ależ to nie Goshen. To St. Petersburg143. Goshen jest o dziesięć mil dalej, w górę rzeki. Któż ci powiedział, że to Goshen?
— Kto? Jakiś człowiek, którego spotkałem dziś rano o samym świcie. Kazał mi z gościńca zejść na prawo.
— Chyba był pijany. Do Goshen trzeba iść właśnie na lewo.
— Ha, co prawda wyglądał na pijanego, ale teraz mniejsza już o to. Stało się! Trzeba ruszać w drogę, bo powinienem być w Goshen o wschodzie słońca.
— Poczekaj no chwilę. Dam ci przekąskę, przyda się w drodze.
Krzątając się koło przekąski, pyta mnie:
— Powiedz no, gdy krowa chce się podnieść, na które nogi wstaje?
— Na tylne, proszę pani.