— Ty sam wartownik i babka twoja! — odciąłem. — Czego tam wartownik ma pilnować? Chyba kajut i budki sternika. Kto by tam zresztą chciał narażać życie dla głupich kajut i dla budki w taką noc jak dzisiejsza, kiedy statek może lada chwila zatonąć i pójść na dno rzeki?
Jim nie mógł temu zaprzeczyć i nawet nie próbował.
— A przy tym — mówię jeszcze — w kajucie kapitana pożyczymy sobie może coś takiego, co nam się przyda. Cygara, przysiągłbym, że są, i to kosztowne, sztuka przynajmniej po pięć centów gotówką. Każdy kapitan parowca to bogacz, bierze po sześćdziesiąt dolarów miesięcznie, a taki nie dba wcale, ile za co trzeba zapłacić, byle miał, czego mu się zachce. Weź no świecę do kieszeni, Jim. Nie będę miał spokoju, póki tam nie poplądrujemy trochę. Cóż ty sobie myślisz, że Tomek Sawyer przepuściłby taką sposobność? Nigdy, za nic w świecie! Nazwałby to przygodą... tak, przygodą, i wstąpiłby na ten pokład, choćby to już miał być ostatni krok w jego życiu. A jak by on to pięknie zrobił! Jaki byłby pyszny! No, zobaczyłbyś! Wziąłbyś go za Krzysztofa Kolumba148 odkrywającego ziemię obiecaną! No, chciałbym ja tylko, żeby tu był Tomek!
Jim pomruczał trochę, ale ustąpił. Mówił tylko, że powinniśmy rozmawiać ze sobą jak najmniej i to po cichu. Błysnęło w tej chwili, właśnie w sam czas, bo już staliśmy pod parowcem. Wdrapawszy się na pokład, sterczący jeszcze nad wodą dość wysoko, szliśmy ostrożnie ku przodowi okrętu, po omacku, próbując nogą, gdzie trzeba stąpić, aby nie wpaść w jakiś otwór, którego nie było widać. Natrafiliśmy na schodki wiodące do kajut; pierwsza z brzegu była otwarta, zaglądamy do niej, ciemno, ale gdzieś dalej błyska jakieś światełko i w tejże samej chwili dochodzą nas głosy.
Jim, szepcząc, że robi mu się niedobrze ze strachu, radzi uciekać. Już się więc zabieramy, aby wracać na tratwę, gdy słyszę błagalnie jęczący głos:
— Zmiłujcie się, chłopcy, nade mną. Przysięgam, że nie powiem ani słowa.
— Kłamiesz, Turner. Nie pierwszy raz tak robisz. Zawsze wymagasz, żeby ci dano więcej niż innym, i zawsze dostajesz więcej, niż ci się należy, bo się odgrażasz, że wszystko wyśpiewasz, jeżeli ci nie dadzą tyle, co chcesz. Tym razem jednak przebrałeś już miarę. Jesteś podły, nikczemny i zdrajca, jakiego nie ma na świecie.
Jim poszedł zobaczyć, co się dzieje z tratwą, a ja aż cały drżę z ciekawości i powiadam sam sobie, że Tomek Sawyer nie odszedłby teraz za nic w świecie, a więc i ja nie odejdę, póki nie zobaczę, co się tu będzie dziać. Przykucnąłem więc i czołgając się w wąskim przejściu na czworakach, dopełzłem do kajuty, gdzie na podłodze leżał jakiś rozciągnięty człowiek! Ręce i nogi miał związane, a przy nim stało dwóch ludzi: jeden z latarką w ręku, drugi z pistoletem. Ten ostatni, mierząc do człowieka leżącego na ziemi, mówił:
— Och! Zabiłbym cię! I powinien bym... Łotra takiego jak ty!