A ten na podłodze dzwoni zębami ze strachu i błaga:

— Nie czyń tego, Bill, nie czyń... Nie powiem... Nic już nie powiem.

Po ostatnim słowie ten z latarnią wybuchnął śmiechem i mówi:

— A prawda, że już nigdy nic nie powiesz! Nigdy w życiu nie wyrzekłeś większej prawdy.

I dodał jeszcze:

— Słyszycie, jak błaga? A gdybyśmy go nie związali, toby był nas zabił obydwu. I za co? Za nic! Tylko za to, że my chcemy swojego. Tylko za to. No, ale teraz nie będziesz się już nikomu odgrażać. Opuść pistolet, Bill.

A Bill na to:

— Żebym tak żyw był, jeśli opuszczę. Trzeba go zabić. Czy on nie uśmiercił w taki sam sposób starego Hatfelda? Czy nie zasłużył na śmierć?

— Ale ja nie chcę, żebyś go zabił, mam swoje powody po temu.

— Niech cię Bóg błogosławi za te słowa, Jakubie Packardzie! Nie zapomnę ci tego, póki żyję! — mówi na wpół z płaczem człowiek leżący na podłodze.