Packard, nie zważając na jego słowa, powiesił latarnię na gwoździu, postąpił parę kroków ku miejscu, gdzie ja siedziałem skulony w ciemności, i skinieniem przyzwał ku sobie Billa. Statek tak się kołysał, że bojąc się, abym na nich nie wpadł, powędrowałem na czworakach trochę dalej i wsunąłem się do kajuty kapitana. W ciemności słyszę, że tuż za mną idzie Packard i także wchodzi do kajuty, a wychylając się przez drzwi, woła:
— Tutaj, Bill, w kajucie jestem. Chodź tutaj...
Nim obaj weszli do kajuty, wskoczyłem na koję, która zastępuje łóżko w kajutach, przycisnąłem się do ściany, wstrzymując dech, pełen rozpaczy, że tu przyszedłem. Oni, stojąc tuż obok mnie, położyli ręce na krawędzi koi i rozmawiają. Nie mogłem ich widzieć, ale wiedziałem, gdzie są, tak było od nich czuć wódkę. Przez cały czas ich rozmowy prawie nie oddychałem, trochę ze strachu, a głównie dlatego, że to, co słyszałem, aż mi zapierało dech w piersiach. Mówili cicho i z przejęciem. Bill chciał zabić Turnera:
— Odgrażał się, że wszystko powie, i dotrzyma słowa! Chociażbyśmy mu teraz oddali swoje części, to już by nic nie pomogło, bo on nam nie daruje tego, co zrobiliśmy. Zemści się na nas i wszystko wyśpiewa, zobaczysz. Najlepiej będzie odprawić go na wieczne odpoczywanie.
— I ja tak myślę — najspokojniej w świecie odpowiada Packard.
— A niech cię licho porwie! Myślałem, żeś ty temu przeciwny. No, kiedy tak, to dobrze. Pójdźmy, niech się to skończy.
— Poczekaj chwilkę, nie powiedziałem jeszcze wszystkiego. Posłuchaj. Dobrze jest komuś strzelić w łeb, lepiej wszakże pozbyć się wroga bez hałasu, bo nie ma sensu umizgać się149 do szubienicy, jeżeli można postawić na swoim bez narażenia własnej głowy. Albo nie?
— Pewno, że tak. Ale jakże to zrobić?
— Widzisz, ja myślę tak: zabrawszy z kajut, co się da, schowamy dobrze nasz łup na lądzie. A potem będziemy czekać. Za dwie godziny statek pójdzie na dno... Rozumiesz? Wtedy on utonie razem ze statkiem i nie będzie w tym niczyjej winy, że utonął. Przecież lepiej pozbyć się go takim sposobem, niż zabijać człowieka. Co do mnie, zawsze jestem przeciwny morderstwu, jeżeli bez niego obejść się można; to się sprzeciwia i rozsądkowi, i moralności. Czy nie mam racji?