— Pewno, że masz. A jeżeli okręt nie zatonie?
— Jeżeli chcesz, to możemy poczekać dwie godziny. Dlaczego by nie?
— Dobrze, poczekamy.
Wyszli, a ja, zszedłszy z koi, tak zlany zimnym potem, żem o mało nie utonął, co tchu wydostałem się na pokład. Było ciemno jak w studni, więc grubym150 szeptem wołam:
— Jim!
A on odzywa się z prawej strony, z bliska, ale tak, jak gdyby jęknął.
— Prędzej, Jim — mówię — nie pora stękać ani plądrować po parowcu. Jest tu na okręcie dwóch zbrodniarzy i jeżeli nie odczepimy ich łódki, żeby nie mogli dosięgnąć lądu, to jeden z nich będzie się miał z pyszna151. Ale jeżeli im zabierzemy łódkę, to wszyscy trzej pójdą w ręce szeryfa. Śpieszmy się, Jim! Ja z prawej, ty z lewej strony, szukajmy. A potem na tratwę i...
— O Boże mój! Boże! Nie ma tratwy, nie ma! Odwiązała się i popłynęła z wodą! A my tutaj... bez tratwy!