Uciekamy! — Stróż nocny. — Idzie na dno. — Śpimy jak zabici!

Tak mi zaparło dech, że byłem bliski omdlenia. Zostać na parowcu, który lada chwila zatonie, i to jeszcze z takimi ludźmi! Ale nie było czasu na rozmyślania. Należało odszukać łódź ratunkową, która była koniecznie potrzebna nam samym. Szukamy więc z obu stron okrętu, łodzi ani śladu. Jim, bezsilny, już nie chciał szukać, ledwie stojąc na nogach, ja jednak dodałem mu bodźca, i szukamy. Nikt z nas nie wiedział na pewno, gdzie powinna być łódź ratunkowa, wiedzieliśmy tylko, że jest, bo tamci o niej mówili, więc wciąż szukamy po omacku. Znalazłem ją wreszcie obok drzwi prowadzących do bawialni, w ciemności namacałem ją palcami. Jest niewątpliwie! Uradowany biorę ją, przerzucam przez burtę i jedną ręką trzymając się jeszcze galeryjki152 pokładu, już byłem gotów wejść do łodzi, gdy wtem głowa wysuwa się ze schodków, słyszę kroki zmierzające ku poręczy, ludzka postać przechyla się przez nią, czuję ją prawie tuż przy sobie, a wreszcie jeden ze znanych mi głosów powiada:

— A nie zapomnij zgasić latarni, Bill!

Potem rzuca w łódź jakiś dość ciężki worek, przełazi przez galeryjkę i wchodzi do łódki. To był Packard. Nie upłynęła minuta i nadchodzi Bill, i także pakuje się w łódź. Packard mówi do niego:

— Wszystko gotowe, ruszamy.

Ja zaś słucham, trzymając się jedną ręką poręczy i czuję, że tracę siły. Wtem Bill rzecze:

— Poczekaj. A obszukałeś mu kieszenie?

— Nie. A ty?

— I ja nie. On przecież ma swoją część łupu. Warto zabierać graty, a zostawiać pieniądze?

— No, a jeżeli on się domyśli, co zamierzamy?