— To się domyśli... Cóż z tego? A pieniądz trzeba mu zabrać. Chodźmy.

Wyskoczyli więc z łodzi i poszli. Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, już byłem w łodzi, Jim wskoczył także, przeciąłem linę, która się jeszcze ciągnęła za łodzią — i w drogę!

Nie tknęliśmy wioseł, nie rzekliśmy do siebie ani słowa, baliśmy się nawet odetchnąć pełną piersią. Woda sama niesie nas pod ścianą okrętu, mijamy go wreszcie i zostawiamy szybko za sobą. Gdy oddaliliśmy się już z paręset łokci, gdy tonący parowiec wsiąknął w ciemności i zupełnie znikł nam z oczu, byliśmy bezpieczni i przekonani, że tak jest.

Z odległości może czterystu łokci widzieliśmy bledziutkie światełko w tej stronie, gdzie był parowiec, i przyszło nam na myśl, że ci łotrzy dopiero teraz spostrzegli utratę łodzi i zapewne już rozumieją swe położenie.

Jim wziął się do wioseł i rozpoczęliśmy pogoń za niewidzialną jeszcze tratwą. Dopiero teraz zacząłem żałować tych ludzi, bo najpierw nie było na to czasu. Zacząłem też rozmyślać, jak to musi być okropnie, zbrodniarzom nawet, znajdować się w takim położeniu. Kto to wie? A nuż i ja kiedyś dokonam zbrodni? Czy byłoby mi przyjemnie wiedzieć, że muszę zatonąć razem ze statkiem?

Mówię więc do Jima:

— Gdy tylko gdzie na brzegu ujrzymy światła, trzeba zaraz przybić do lądu. Miniemy światło albo do niego nie dopłyniemy, byleś ty znalazł miejsce dla ukrycia siebie i łodzi. Ja pójdę do wsi, a wymyśliwszy jaką bajkę, znajdę przecież kogoś, kto im popłynie na ratunek, ocali od śmierci. A jeśli przyjdzie ich godzina, to będą wisieć.

Mój zamiar wszakże spełzł na niczym, gdyż wkrótce zerwała się burza, daleko sroższa od poprzedniej. Straszna ulewa, a tu na obu brzegach nigdzie ani jednego światełka, wszyscy śpią. My zaś płyniemy ciągle, upatrując światła i naszej tratwy. Po paru godzinach deszcz ustał, ale chmury nie ustąpiły, błyskawice latały po niebie, a gdy od czasu do czasu silniej błysnęło, widzieliśmy przed sobą na wodzie coś czarnego.

Była to, ma się rozumieć, tratwa i bardzo byliśmy radzi, przeniósłszy się na nią. Teraz także ujrzeliśmy niewielkie światełko na prawym brzegu, do którego postanowiłem przybić. Tymczasem zaś, wyjąwszy z łódki worek pełen rzeczy skradzionych na tonącym parowcu, przerzuciliśmy go na tratwę, nie wiedząc nawet, co w nim jest. Prosiłem Jima, aby płynął dalej, a przepłynąwszy parę mil, żeby zapalił światło na tratwie i nie gasił go, dopóki ja nie powrócę. Przyrzekł to uczynić, ja zaś wziąwszy się do wioseł, popłynąłem prosto na światło. Gdy już byłem bliżej, ujrzałem więcej świateł rozsianych po wzgórzu, była to bowiem wcale153 porządna wioseczka. Podpływam do najbliższego światła i widzę, że pochodzi od latarni zawieszonej na głównym maszcie łodzi żaglowej. Zacząłem szukać stróża, dziwiąc się, gdzie by mógł być wśród nocy, aż w końcu znalazłem go, drzemał okryty żaglem, z głową spuszczoną na kolana. Wstrząsnąwszy go parę razy za ramię, zaczynam płakać.

Zbudził się nagle przestraszony, ale zobaczywszy przed sobą niedorostka154, przeciągnął się, ziewnął i powiada: