„Wiedziałeś przecież — mówiło mi moje sumienie — że Jim uciekł po to, żeby się schronić do wolnych stanów? Trzeba ci było przybić do brzegu i powiedzieć o tym pierwszemu, kogo spotkasz”. I prawda! Sumienie miało rację, toteż dokuczało mi, mówiąc dalej: „Cóż ci zrobiła biedna miss Watson, żebyś patrzył obojętnie, jak jej własny Czarny ucieka na twoich oczach, i nie powiedział nic na to? Co ci zrobiła ta biedna, stara kobieta, żebyś tak nieuczciwie z nią postępował? Pomyśl tylko, uczyła cię przecież Pisma Świętego, chciała z ciebie uczynić porządnego człowieka, starała się być dobra dla ciebie pod każdym względem!... A ty co? Tak się odwdzięczasz?”.
Poczułem się w końcu tak nisko upadły, tak nieszczęśliwy, że nieledwie pragnąłem śmierci. Snułem się po całej tratwie jak opętany, a że Jim także usiedzieć nie mógł, więc potrącaliśmy się co chwila i pełno nas było w każdym kącie. „O, Cairo!” — mnie już jakby ktoś nożem pchnął w serce i zaraz mi się zdawało, że gdyby to było Cairo, to umarłbym chyba ze wstydu i ze zmartwienia.
Jednocześnie, gdy ja rozmawiałem ze sobą w myśli, Jim ciągle głośno rozprawiał:
— Niech tylko dostanę się — mówił — do wolnego stanu, to przede wszystkim zacznę oszczędzać i nie wydam na nic ani centa; gdy zaś uzbieram, ile potrzeba, wykupię swą żonę, której właściciel mieszka na folwarku sąsiadującym z posiadłością miss Watson, i wtedy już oboje razem zaczniemy pracować i oszczędzać na wykupienie swych dwojga dzieci. Gdyby zaś pan nie chciał ich sprzedać, to Jim wyszuka sobie jakiegoś abolicjonistę, który mu dzieci wykradnie.
Aż mi się zimno robiło, gdy słuchałem tej mowy. Nigdy Jim nie ośmielił się mówić głośno w ten sposób! I od razu taka w nim zmiana od chwili, w której zaczął mniemać, że prawo uczyni go wolnym. Sprawdzało się stare przysłowie: „Daj Czarnemu cal, a on weźmie łokieć”. I to wszystko z mego braku zastanowienia! Czarnemu temu dopomogłem lub prawie dopomogłem do ucieczki, a on teraz w mojej obecności jak najspokojniej powiada, że wykradnie swe dzieci, stanowiące własność człowieka, którego nawet nie znam, człowieka, który nie zrobił mi nigdy nic złego!
Martwiłem się, że słowa Jima poniżają go i źle o nim świadczą. A sumienie dopiekało mi ciągle, coraz gorzej, tak że wreszcie wytrzymać dłużej nie mogąc, powiadam mu z cicha:
„Dajże ty mi spokój! Nie za późno jeszcze... Niech tylko mignie na brzegu jakie światło, zaraz tam popłynę i powiem komukolwiek o Jimie”.
Od razu mi jakoś ulżyło, czułem się szczęśliwy i lekki jak piórko, pierzchły wszystkie moje zgryzoty. Siadłem spokojnie i upatruję, przyśpiewując coś sobie pod nosem. Po chwili zabłysło gdzieś światełko, a Jim woła na całe gardło:
— Bezpieczni jesteśmy, Huck, bezpieczni! Podskocz raz i drugi, uderz piętami! Cairo! Poczciwe, stare Cairo! Zaraz je poznałem!
A ja na to: