— Popłynę łódką i przekonam się, czy to Cairo. Może to tylko jakaś wioseczka?

Jim zerwał się i w mgnieniu oka przygotował łódkę, położył na dnie swoje stare palto, abym miał na czym siedzieć, dał mi wiosło do ręki, a gdy już się nieco oddaliłem, zawołał za mną na pożegnanie:

— Za chwilę będę krzyczał z radości: „Jestem wolny, wolny!”. A jeżelim wolny, to z łaski Hucka. Gdyby nie Huck, nigdy bym nie odzyskał wolności! Jim nigdy ci tego nie zapomni, kochanku. Jim nigdy nie miał lepszego przyjaciela na całym świecie!

Szybko robiłem wiosłami, bo pilnie mi było uciszyć sumienie, ale gdy to usłyszałem, jakby mi kto ręce przetrącił! Zwolniłem więc i rozmyślam, bo nie byłem już pewien, czy mam być rad z powziętego postanowienia. Z daleka słyszałem jeszcze głos Jima:

— Z Bogiem, z Bogiem, kochany i wierny chłopcze. Dobry Huck! Jedyny biały, który staremu Jimowi słowa dotrzymał.

Teraz już mi się naprawdę zrobiło bardzo niedobrze, lecz mówię sobie: „Powinienem tak postąpić, nie mogę zrobić inaczej”. Wtem prosto na mnie płynie łódź, a w niej dwóch ludzi ze strzelbami. Zatrzymali się i ja także. Jeden z nich mówi:

— Co to takiego, tam na rzece?

— Ano... tratwa — ja na to.

— Ty stamtąd?

— Stamtąd.