— Ilu na niej mężczyzn?

— Jeden tylko.

— Słuchaj, dziś w nocy zbiegło pięciu Czarnych. Czy ten jeden na tratwie jest biały czy czarny?

Nie odpowiedziałem od razu. Chciałem odpowiedzieć, a nie mogłem, słowa nie wychodziły mi z gardła. Próbowałem zebrać się na odwagę i powiedzieć prawdę, ale nie mogłem. Czułem, żem nie mężczyzna, lecz królik. Widząc, że mi nie starczy sił, dałem za wygraną i rąbię prosto z mostu:

— Biały.

— Ja sądzę, że my jednak zajrzymy na tratwę, żeby przekonać się o tym na własne oczy.

— Ja też bym chciał, i bardzo, żeby panowie zajrzeli, bo tam na tratwie jest tatuś, to może by nam panowie pomogli przyholować tratwę do brzegu. Tatuś jest chory i mama chora, i Maria-Anna...

— Tam do licha! Pilno nam bardzo, chłopcze... No, ale ja sądzę, że pomożemy twemu ojcu. Bywaj tymczasem zdrów.

Wzięli się do wioseł i ja także. Oddaliliśmy się od siebie na kilka łokci, gdy znów powiadam:

— Tatuś strasznie będzie panom wdzięczny, daję słowo. Jak tylko kogoś poproszę, żeby nam dopomógł tratwę przyciągnąć do brzegu, zaraz ode mnie ucieka. Ja przecież sam nie mogę temu poradzić!