Nad ranem zatrzymaliśmy się, a Jim usiłował ukryć tratwę jak najlepiej i przez cały dzień zajęty był wiązaniem rzeczy.

Następnej nocy, około dziesiątej, ujrzeliśmy światła dużego, jak się zdawało, miasta na lewym wybrzeżu rzeki, tworzącej w tym miejscu zatokę.

Popłynąłem łódką dowiedzieć się od ludzi, jakie to miasto.

Niedaleko od brzegu spotykam jakiegoś człowieka w małym czółenku, gdy właśnie więcierz174 ustawiał. Pytam go więc:

— Proszę pana, czy to Cairo?

— Cairo? Nie. Co to, głupi czy co, że o to pytasz?

— Więc jakie to miasto, proszę pana?

— Jeżeli chcesz wiedzieć, to pójdź tam i spytaj ludzi. A jeżeli pół minuty będziesz się tu koło mnie kręcił, to dostaniesz coś, czego nie chcesz.

— I ja wiedziałem, ale zapomniałem.

Przed świtem, gdy ukryliśmy się pomiędzy lewym brzegiem a gęsto zakrzewioną wysepką, żeby spędzić tam dzień, domyślając się czegoś, rzekłem do Jima: