Płynęliśmy już ze trzy godziny. Noc z czarnej przechodziła w szarą i tak jakby gęstniała, co jest zawsze bardzo złą rzeczą, prawie równie niebezpieczną jak mgła. Nie widać brzegów rzeki, wszędzie szaro i chmurno.

Wtem słyszymy: płynie parowiec. Zapaliwszy latarnię, słuchamy, jak dyszy, jak rozbija wodę, choć nie widzimy go wcale. Dopiero gdy był już bliziutko, patrzymy: płynie wprost na nas. Robią to parowce niekiedy dla poznania, o ile mogą się zbliżyć bez uderzenia statku, czasami koło parowca zaczepi o łódź lub tratwę, uderzy ją, uszkodzi, a sternik śmieje się, myśląc, że zrobił coś arcymądrego.

Płynie więc, nadpływa, widzimy już, że nam nie daruje, że ani myśli nas minąć. Był to ogromny parowiec i bardzo się śpieszył; wyglądał jak wielka, czarna chmura, wysadzana rzędami świecących robaczków świętojańskich. Zanim się opatrzyliśmy, wisiał już prawie nad nami, wyszczerzając na nas szeroko otwarte drzwi pieców, jakby szereg zębów rozpalonych do czerwoności. Nagle dał się słyszeć krzyk, wołanie mnóstwa głosów naraz, dzwonienie dzwonków sygnałowych, komenda zatrzymania maszyny, syk, szum, gwizd raptownie wypuszczanej pary — i podczas gdy Jim, niespodzianie w górę podrzucony, wpadał do wody z jednej strony, a ja z drugiej, parowiec, zdruzgotawszy tratwę, przepływał środkiem jej szczątków.

Dawszy nurka, umyślnie poszedłem na dno, wiedząc, że trzydziestostopowe koło przejdzie nade mną, chciałem więc, aby nie zabrakło mu miejsca. Zawsze mogę wytrzymać pod wodą minutę, ale tym razem zdaje mi się, że chyba dłużej wysiedziałem. Śpieszno mi jednak było wydostać się na powierzchnię, bo myślałem, że się uduszę. A tymczasem parowiec, zatrzymawszy maszynę na jakieś dziesięć sekund, znów ją puścił w ruch, bo parowce niewiele sobie robią z tratew i z ludzi. Płynąc dalej, znikał mi z oczu w szarym i gęstym powietrzu, choć jeszcze mogłem go słyszeć.

Przynajmniej ze dwanaście razy wołałem Jima, ale na próżno: nie było odpowiedzi. Schwyciłem się deski i wypłynąwszy na powierzchnię, zacząłem dążyć do brzegu.

Wdrapawszy się na dość wysokie wybrzeże, niewiele mogłem widzieć, ale idąc po omacku z ćwierć mili, trafiłem niespodzianie na staroświecki, wielki dom drewniany, który chciałem wyminąć i pójść dalej. Gdy jednakże wyskoczyła na mnie cała psiarnia i zawzięcie zaczęła ujadać, nie byłem tak głupi, żeby uciekać przed psami.

Rozdział XVII

Późna wizyta. — Folwark w Arkansas. — Wewnętrzne przyozdobienia. — Stefan Dowling Bots. — Dusza poetyczna. — Klawikord175.

Chwilę potem ktoś, nie wychylając się z okna, woła: