Na ścianach wisiało pełno obrazów — przeważnie Washingtonowie, Lafayette’owie178, różne bitwy, a był też i jeden obraz, który się nazywał: Podpisywanie deklaracji179. Były także i inne obrazy, jak oni mówili, „robione kredką” przez jedną z córek, już nieżyjącą. Robiła je, mając zaledwie piętnaście lat. Różniły się one zupełnie od wszystkich obrazów, jakie dotychczas widziałem, czarnością. Jeden przedstawiał kobietę w wąskiej, czarnej sukni, przepiętej pod pachami wąskim paskiem. Rękawy tej sukni odstawały nad łokciami tak, jakby w nie włożył po głowie kapusty; miała zaś czarny kapelusz, trochę podobny do szaflika180, a trochę do łopaty, i czarną woalkę; białe i cienkie łydki, przewiązane na krzyż czarną wstążeczką, i malusieńkie, czarne pantofelki, spiczaste jak dłuto. Stała, bardzo czegoś zamyślona, pod brzozą płaczącą, obok nagrobka; prawym łokciem wsparta była na nagrobku, prawą ręką podpierała zwieszoną głowę, ale za to w lewej ręce, spadającej na suknię, trzymała białą chustkę do nosa i woreczek. Pod malowidłem stało napisane drobnymi literami: „Ach! Ach! Niestety! Czy Już Cię Nigdy Nie Zobaczę!”. Drugi obraz przedstawiał młodą osobę z włosami podczesanymi wysoko i zebranymi na samym czubku głowy, naokoło grzebienia, który wyglądał jak tylna poręcz krzesła. Płakała rzewnie, kryjąc całą twarz i oczy w chustkę, którą trzymała w jednej ręce. Na drugiej leżał na wznak, z nóżkami wyciągniętymi do góry, nieżywy ptaszek, a pod obrazem napis: „Ach! Ach! Niestety! Nigdy Już Nie Usłyszę Twego Wdzięcznego Świergotu!”.

Był jeszcze jeden obraz: młoda osoba stała w oknie i patrzyła na księżyc, po jej twarzy płynęły rzęsiste łzy, w jednej ręce trzymała otwarty list, z przełamaną na pół czarną pieczęcią, drugą zaś przyciskała do ust medalion na łańcuszku. Napis brzmiał: „Ach! Ach! Niestety! Odszedłeśże? Tak!!! Odszedłeś!!!”. Sądzę, że to były śliczne obrazy, ale nie umiałem poznać się na nich, bo gdy byłem nieswój, a spojrzałem na nie, zaraz mnie mdliło. Wszyscy żałowali, że umarła przed ukończeniem wielu innych obrazów takiejże treści, ale i z tego, co już zrobiła, mógł każdy osądzić, jaką stratę poniosła rodzina przez śmierć panienki z takim talentem. Mnie się zdaje, że przy takim usposobieniu powinna być w grobie weselsza. Właśnie podczas pracy nad największym, jak mówili, obrazem, nagle zachorowawszy, co rano i wieczór prosiła Boga „o życie, dopóki nie skończy obrazu”. Pan Bóg wszakże nie chciał na to pozwolić. Obraz ów miał wyobrażać młodą osobę w długiej, białej sukni, stojącą na poręczy mostu i gotową do skoku. Rozpuszczone włosy spadają niżej pasa, a ona patrzy na księżyc, łzy jej płyną po twarzy, dwoje ramion skrzyżowała desperacko na piersi, drugie dwoje wyciąga przed siebie, a trzecich dwoje wznosi do księżyca. Dlatego zaś narysowała aż trzy pary, że chciała naprzód zobaczyć, z którą z trzech najwięcej pannie do twarzy, a potem tamte wyskrobać. Ale, jak już mówiłem, umarła, zanim się zdążyła zdecydować, rodzina zaś schowała obraz na pamiątkę. Powiesili go w jej pokoju, w głowach łóżka, i co rok w dzień jej urodzin wieńczyli go kwiatami. W dni powszednie był zasłonięty firanką. Młoda osoba z obrazu wyglądała zupełnie niczego sobie, tylko, według mnie, za wielka liczba ramion czyniła ją trochę podobną do pająka.

Panienka ta, mając ładnie oprawną książkę, na jej stronicach naklejała różne nekrologi, pośmiertne wspomnienia o takich, którzy cierpliwie znosili długą chorobę. Wycinała to wszystko z miejscowej gazety „Presbyterian Observer” i potem do tego pisała wiersze — z własnej głowy.

Buck opowiadał, że mówiła wierszami, jakby jadła chleb z masłem. Nie potrzebowała nawet myśleć. Mówił, że tak: siadła i machnęła wiersz, a jeżeli nie mogła dobrać do niego rymu, to niewiele myśląc, zaraz go przekreśliła i w tej chwili machnąwszy drugi, jechała dalej. Nie wybredzała181; pisać mogła o wszystkim, o czym kto chciał, żeby pisała, byle tylko było coś smutnego. Ile razy umarł mężczyzna albo kobieta, albo dziecko, to jeszcze nie ostygli, a ona już była gotowa ze swoją „daniną”. Nazywała takie wiersze daniną. W sąsiedztwie mówiono, że najpierwszy wie o umarłym doktor, potem Emelina, a ostatni dopiero przedsiębiorca pogrzebowy. Raz tylko tak się zdarzyło, że wyprzedził Emelinę przedsiębiorca, a to dlatego, że nie mogła dobrać rymu do nazwiska nieboszczyka: Whistler. Nigdy już potem nie doszła do siebie: nie mówiła nic, nie skarżyła się, ale gasła w oczach i niezadługo potem skonała.

Biedne dziewczę! Nieraz pozwalałem sobie iść do tego pokoju, w którym mieszkała za życia, i wydostawszy jej książkę z wycinkami, czytałem wszystko, co tam było — najczęściej wtedy, kiedy mi jej obrazy tak do żywego dopiekły, że się trochę na nią pozłościłem.

Polubiłem całą tę rodzinę, i żywych, i umarłych, nie chciałem więc dopuścić do nieporozumienia pomiędzy nami. Biedna Emelina pisała za życia wiersze o każdym, kto umarł, a teraz, kiedy sama umarła, to nie było nikogo, kto by co o niej napisał. Jakże można! To przecież niesprawiedliwość! Starałem się więc wydusić z siebie jeden albo dwa wiersze, ale ani rusz — nie mogłem.

Pokój Emeliny utrzymywano bardzo czysto i wszystko było w takim samym porządku, jaki ona u siebie zaprowadziła. Nie sypiał nikt w tym pokoju, a matka staruszka, choć w domu było pełno Czarnych, sama go zawsze sprzątała, żeby tylko całymi godzinami tam siedzieć lub czytać Biblię tuż obok łóżeczka zmarłej córki.

Mówiąc o bawialnym pokoju, zapomniałem dodać, że w oknach były przecudowne białe rolety z malowidłami pałaców, strumyków i bydła. Był także stary klawikordzik, o klawiszach jak gdyby z żółtej blachy. Gdy panienki, przygrywając na nim, śpiewały „Ostatnie pękło ogniwo” albo kiedy zagrały „Bitwę pod Pragą”, to mogłem słuchać i słuchać... bez końca!

Dom składał się właściwie z dwóch budynków, zupełnie do siebie podobnych. Odstęp między nimi pokryty był dachem, wyłożony podłogą, a podczas upałów służył za jadalnię. A co to było za jedzenie! I obfite, i dobre!