Stary jegomość był właścicielem mnóstwa folwarków i przeszło stu Czarnych. Od czasu do czasu zjeżdżało się tu po kilkanaście osób, wszyscy konno, i siedzieli po pięć, po sześć dni. To dopiero szła zabawa!
Po całych dniach pływanie po rzece, pikniki, tańce w lesie na trawie, a i w domu po całych nocach. Goście — byli to po większej części sami krewni: bliżsi i dalsi, państwo prawdziwe co się zowie. Z mężczyzn każdy miał prześliczną strzelbę!
W sąsiedztwie był jeszcze drugi dom, również pański jak rodziców Bucka. Składał się z kilku rodzin, a prawie wszyscy mieli to samo nazwisko: Shepherdson. Byli tak samo wysoko urodzeni, tak samo bogaci i tacy wielcy panowie jak rodzina Grangerfordów. Oba domy używały tejże samej przystani, znajdującej się o niespełna dwie mile od domu, tak że gdy czasami odprowadzałem tam naszych, wybierających się na jakąś wycieczkę parowcem, to zawsze spotykaliśmy przynajmniej kilku Shepherdsonów na pięknych i rosłych186 koniach.
Pewnego dnia Buck i ja polujemy sobie w lesie, gdy wtem słyszymy: nadjeżdża ktoś konno. Przechodziliśmy właśnie w poprzek drogi. Buck woła:
— Umykaj! W las, co żywo!
Jednym susem byliśmy już w lesie i ukryci między pniami, patrzymy spoza gałęzi na drogę. Po chwili nadlatuje w pełnym galopie piękny, wyniosły młodzian, koniem toczy jak żołnierz, a siedzi na nim jakby do siodła przyrosły i trzyma przed sobą strzelbę w pogotowiu. Był to jeden z młodych Shepherdsonów, Harney Shepherdson. Raptem tuż nad moim uchem rozlega się wystrzał: to Buck dał ognia i strącił Harneyowi kapelusz z głowy. Ten zaś porwał za strzelbę i prosto ku nam, choć zza liści nie mógł nas widzieć. Ale my nie czekaliśmy na niego: nogi za pas i w las! Obejrzawszy się przez ramię, widziałem, że dwukrotnie mierzył Harney, jakby chciał dać ognia do nas, ale nie dał, aż wreszcie zawrócił konia i pojechał. Biegliśmy tak aż do domu. Staremu jegomości zaiskrzyły się oczy, gdy syn opowiedział, co zaszło, ale po chwili twarz mu spoważniała i rzekł do syna łagodnie, ale serio:
— Nie podoba mi się to strzelanie zza krzaka. Dlaczego nie wystąpiłeś na drogę?
— Shepherdsonowie nie czynią tak, ojcze. Zawsze skorzystają ze sposobności i napadają znienacka.
Miss Karolina słuchała opowiadania, podnosząc dumnie głowę jak królowa, a z jej oczu leciały iskry. Starsi bracia spochmurnieli, nie mówiąc ani słowa. Miss Zofia zbladła okropnie, ale rumieniec wrócił na jej twarz, gdy się dowiedziała, że młody człowiek jest zdrów i cały.